Blog
Serce ma swoje racje, których rozum nie jest w stanie pojąć
seaman
seaman There`s more to life than books, you know, but not much more.
282 obserwujących 1108 notek 3372721 odsłon
seaman, 1 czerwca 2014 r.

Marskość Platformy

Wyniki mam lepsze, ale czuję się gorzej – mógłby skomentować Donald Tusk zwycięstwo wyborcze swojej partii, powtarzając kwestię pewnego typa z filmu Stanisława Barei. I warto dodać, że tamten gość sikał zielonym moczem w następstwie zażywania lekarstw, co może być piękną alegorią zwycięstwa Platformy Obywatelskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego 2014. Bo właśnie po tej zwycięskiej narracji premiera, po tej szalonej uldze aż nadto widocznej po ogłoszeniu ostatecznych wyników, widać wyraźnie, że partia obywatelska w piętkę goni, a sam szczery przywódca robi dobrą minę do złej gry.

Faktem niezbitym jest bowiem, że PO te wybory wygrała, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę zdobytych głosów – uzyskała procentowo największe poparcie, mniejsza o wysokość wygranej. Ale faktem oczywistym jest także, iż PO te wybory zremisowała, jeśli chodzi o liczbę zdobytych mandatów poselskich, a przecież o to przede wszystkim chodzi w każdych wyborach parlamentarnych. No i nikt nie zaprzeczy, że PO te wybory zdecydowanie przegrała, jeśli porównać rezultaty z wyborami poprzednimi.

Co ciekawe w kontekście tego ostatniego faktu, dokładnie ci sami zwolennicy PO, którzy zapewniali, iż wybory europejskie stanowią w gruncie rzeczy coś w rodzaju najważniejszego sondażu przed wyborami krajowymi, ani słowem się nie zająknęli, że w sondażach liczy się tendencja, co przedtem było ich mantrą. A tendencja jest nieprzychylna partii Tuska, zaś sprzyja PiS. Partia Kaczyńskiego zwiększyła stan posiadania w PE i powiększyła swoje terytorium wyborcze w Polsce, dosłownie i w przenośni. Dokładnie odwrotnie jest w przypadku partii Tuska. I to jest tendencja, nie wypadek przy pracy.

A teraz powrócę do wspomnianej zwycięskiej narracji, która jest szyta bardzo grubymi nićmi, żeby nie powiedzieć, że chamską dratwą za pomocą szewskiego szydła. Mamy więc Platformę, która zwyciężyła o włos, ale cała partia jak jeden mąż i z ogromną determinacją przekonuje, że liczy się wyłącznie zwycięstwo, nie ma znaczenia wysokość wygranej, koniec, kropka! Gdy ktoś próbuje bąknąć, że w gruncie rzeczy był remis, zostaje zakrzyczany, wyszydzony i okrzyczany żałosnym kombinatorem.

Z góry się zastrzegam, że mnie to nie dotyczy, bo ja nie mam wątpliwości, że PO wygrała wybory, jeśli bowiem uznamy inaczej, to całe określenie „wyborcze zwycięstwo” traci sens. Wygrywa ten, kto wygrał, wszyscy pozostali przegrywają. Jakie to zwycięstwo jest - gorzkie, pyrrusowe; słodkie albo druzgoczące; dające władzę lub jedynie splendor, albo zgoła nic nie dające – to osobna bajka. Dlatego ja się zgadzam, że Platforma wygrała, nieważne jaką przewagą i nieważne co z tego ma. Kto zdobył najwięcej głosów, ten wygrywa, inaczej zwariujemy z kretesem.

Mamy jednak także casus Michała Kamińskiego, świeżo zwerbowanego spin doktora, który odszedł z PiS i po peregrynacjach z inną partią ostatecznie „padł łupem” Tuska. Podobnie jak wielu innych, jak Sikorski, Arłukowicz, Rosati albo Kluzik-Rostkowska. No i tenże Kamiński został jedynką Platformy w Lublinie, co musiało być decyzją samego szczerego przywódcy, więc stał się niejako symbolem wyhaftowanym na partyjnym sztandarze. Ogłoszony także wielką nadzieją PO na przełamanie PiS w regionie, genialnym posunięciem samego Tuska i biczem bożym na Kaczyńskiego.

Po czym Kamiński, owiany sławą zwycięskich kampanii w poprzednim pisowskim wcieleniu, niespodziewanie pod flagą PO  przerżnął wybory w Lublinie i mandatu nie zdobył. I tu mamy olbrzymi dysonans poznawczy, bowiem cała Platforma, jak jeden mąż i z ogromną determinacja przekonuje, że Kamiński też odniósł wielki sukces, właściwie zwyciężył!

Bo – jak tłumaczą działacze partii obywatelskiej - przecież przegrał nieznacznie, właściwie na początku wygrywał, dopiero dokładne i ostateczne przeliczenie głosów wykazało minimalną porażkę – przekonują żarliwie. Kamiński wykonał olbrzymią pracę – mówią – i o to chodziło, a nie o jakieś ułamki. Ludzie, nie dzielmy włosa na czworo, liczy się ogólny efekt a nie jakieś promile czy setne procentów! - grzmią zniesmaczeni taką drobiazgowością przywódcy Platformy.  A sam delikwent także opowiada na prawo i lewo, że zdał egzamin, w gruncie rzeczy pogromił rywali; że gdyby nie jego wkład...i w ogóle nie ma żadnego gadania – zwycięstwo. O tym, że w wyborach chodziło o zdobycie mandatu poselskiego nikt nawet nie wspomina.

Czyli podsumowując: kiedy PiS przegrywa o włos, to jest bezapelacyjna porażka i nie ma o czym gadać, kiedy to samo spotyka wybrańca premiera Tuska, to mamy do czynienia z oczywistym zwycięstwem. I też nie ma o czym gadać. Zderzenie tych dwóch przeciwstawnych narracji, odnoszących się przecież do analogicznych przypadków jest tak wyraźnie przeniewiercze, niewiarygodne i głupie, że chyba każdy orientuje się natychmiast, że gdzie indziej jest wyborczy pies pogrzebany.

Opublikowano: 01.06.2014 18:52.
Autor: seaman
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • Komornik to nie zawód, to charakter...
  • Pozdr.:-)
  • "Komornicy gorsi? Najgorsi jak już. " Otóż to! Polecam mój dawny tekst:...

Tematy w dziale