Trzy lata temu, niedługo po zwycięskich dla Baracka Obamy wyborach prezydenckich w USA, krążył po sieci filmik nakręcony za jakieś śmiesznie niskie pieniądze przez dociekliwego dziennikarza („How Obama got elected?”). Pochodził z dnia wyborów. Reporter wyłuszczał przypadkowe osoby, czekające w kolejce do urny i zapytywał ich o poszczególne zdarzenia, które towarzyszyły kampanii. Na przykład o to, który z kandydatów popełnił taką śmiesznostkę, że Alaskę ulokował aż w Rosji, albo która partia aktualnie (listopad 2008r.) kontroluje Kongres. Rozmówcy w przeważającej większość naciągali odpowiedzi tak, aby były one korzystne dla Baracka Obamy. W pierwszym przypadku np. pytani stwierdzali, że to Sarah Palin powiedziała, że jest w stanie dostrzec Rosję z okna swojego domu na Alasce (w rzeczywistości nic takiego z ust b. kandydatki na urząd wiceprezydenta nie padło; zwrot ten pochodzi ze skeczu, w którym znana aktorka parodiuje gubernator Alaski). Podobnie z większością w Kongresie. W tamtym czasie należało ona do demokratów, co nie przeszkodziło respondentom stwierdzać z graniczącym z pewnością przekonaniem, że jest inaczej. Na koniec sondy wszyscy przepytywani zadeklarowali, że swoją wiedzę o świecie czerpią z programów tzw. „czterech sióstr” (stacji ABC, CNN, CBS, NBC).
W sierpniowym badaniu Instytutu Gallup’a notowania czarnoskórego prezydenta spadły poniżej 40% (co w Ameryce zazwyczaj oznacza dramat rządzącej administracji). Dwa miesiące wcześniej ten sam Instytut przedstawił inne badania, z których wynikło, że Obama przegrywa najbliższe wybory z jakimkolwiek kandydatem wystawionym przez republikanów.
Jeśli popatrzymy na przedsięwzięcia Baracka Obamy w ostatnim trzyleciu, trudno nie odnieść wrażenia, że więcej rzeczy mu nie wyszło, niż na odwrót. Wpompowanie w gospodarkę kolosalnych pieniędzy sprawiło, tylko tyle, że zarządy przyjmujących je korporacji złapały oddech i uzyskały płynność finansową. Aczkolwiek, po trzech z kolei latach dodruku pieniądza gospodarka Ameryki powinna kipieć od czerwoności. Tymczasem drepce w miejscu. Bezrobocie osiąga tam katastrofalane, bo polskie wartości (9,1%), a większość analityków jest pewna – idzie druga fala kryzysu. Prezydent Demokratów sparzył się również na być może potrzebnej, ale nieakceptowanej społecznie reformie służby zdrowia. Z kolei zapętlenie się w wojnie afgańskiej w niewielkim tylko stopniu zrehabilitowano likwidacją Ussamy Bin Ladena. Bardziej potraktowano to, jako zwycięstwo narodu w słusznej sprawie, a nie personalny tryumf Obamy.
Tak to wygląda w Stanach. Trzy lata temu wyborcy dali się nabrać. Wpuszczono ich medialną propagandą w maliny. Po jakimś czasie przejrzeli jednak na oczy. I zobaczyli, że odbudowywanie bogactwa Ameryki przez działania administracyjne to fikcja. Tak samo jak mit publicznej służby zdrowia. Zapewne za rok Baracku Obamie pozostanie już tylko pył. I może jeszcze wspomnienie medialnego hochsztaplera, który piwkiem przy grillu, „zabójstwem” muchy na wizji, czy kupowaniem hamburgerów z Miedwiediewem próbował nabić Amerykanów w butelkę, przykrywając sprawy ważne dla kraju. Drugi raz ten numer się nie uda. Chociaż oddajmy uczciwie, że skali reform i zapału Obamie zabrać nie można.
Co dobrego natomiast na polskim podwórku? Dwa dni po wyborach i już zakasane rządowe rękawy szykują całą garść potrzebnych reform. Najważniejszą z nich będzie (to na początek) postawienie przed Trybunałem Stanu J. Kaczyńśkiego i Z. Ziobrę za zbrodnie lat 2005-07, których – jak wykazała sejmowa komisja – ostatecznie nie było. Ale to tylko prolog. Zmian będzie cała garść. News’em dnia jest wypuszczona przez Palikota wiadomość, że W. Nowicka i gej Biedroń dostali od premiera propozycję tek ministerialnych. W ciemno można powiedzieć, że feministka przejmie resort edukacji, a homoseksualista polityki społecznej. A za tym manewrem kadrowym pójdą realne posunięcia. Nowicka wprowadzi do szkół obowiązkowe wychowanie seksualne z programowymi godzinami analizy pornosów (na złość Kaczyńskiemu zdubbingowanych po niemiecku; copyright by Mazurek & Zalewski), a Biedroń przygotuje ustawę normującą przywileje podatkowe dla par jednopłciowych. U nas reformy, panie!
Nie przyłączam się do chóru, który za przegraną PiS-u w wyborach oskarża nierównowagę w mediach. Miała ona zapewne jakiś wpływ na ostateczny rezultat, ale niekoniecznie najważniejszy. Coś jednak na wybranych przykładach da się zaobserwować. Przede wszystkim całą różnicę, jaka w sferze mentalnej występuje pomiędzy Polakami, a Amerykanami. Ci drudzy – oswojeni z medialnym kanibalizmem przez dekady – zawsze z wielką ostrożnością podejmują telewizyjny przekaz. Ci pierwsi – cały okres ery telewizyjnej spędziwszy pod butem partyjnej propagandy – chłoną jak gąbka wodę wszystko to, co w pudła wypłynie.
Kiedyś blogerka „PaniS” zwróciła mi uwagę, że wpływu telewizji nie należy bagatelizować. Negatywny obraz Lech Kaczyńskiego – na krótko przerwany żałobą – szybko wrócił z odchylenia, gdyż taką woltę przyjęły główni decydenci masmediów. Natomiast zmiana wizerunku Pierwszej Damy (Marii Kaczyńskiej) utrwaliła się. Lecz w tym przypadku i media kurs utrzymały. I tylko jedną rzecz należałoby dopowiedzieć. Gdyby Jarosław Kaczyński miał w sobie choć krztynę luzu i prezencji, takiej którą miał np. śp. Ronald Reagan, to bez trudu zdołałby porozstawiać po kątach medialnych adwersarzy. Tymczasem któryś z kolei rok (a między Bogiem, a prawdą to i całe polityczne życie) daje się podprowadzić pod dziennikarskie lufy, niczym jeleń prowadzony na ostęp.
P.S. – Palikot zaczyna swój teatrzyk. Na początek insynuacja, że dwóch jego posłów ma zasiąść w rządzie. Z tego znamy tego biłgorajskiego pajaca. Kiedyś b. poseł SLD (a obecnie nowy senator) Marek Borowski powiedział, że koalicja Kaczyńskiego z Lepperem i Giertychem się źle skończy, bo lider Samoobrony zacznie wysuwać coraz to nowe, niedające się spełnić żądania, co w konsekwencji będzie musiało prowadzić do zerwania wspólnych rządów. Z Palikotem i Tuskiem (mimo braku formalnej koalicji) może być podobnie. Oczywiście, jeśli w tym wypadku nie mamy do czynienia z jakąś zasłoną dymną. I przesłania Tuskowi w pakunku wygodnego wytłumaczenia. „No patrzcie! Najpierw Kaczor zawetował mi 11 z 800 ustaw. Potem Drugi Kaczor wywołał atmosferę nienawiści. A teraz Palikot się znęca. No po prostu nie da się wziąć pełnej odpowiedzialności za kraj i rozpocząć reform… Jak coś jest niemożliwe, to jest niemożliwe, nie?!”.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)