Padł kolejny bastion. Tym razem moralnego dziewictwa. Okazuje się, że w aktach b. SB znajduje się informacja o rejestracji b. księdza, a obecnie posła palikociarza – Romana Kotlińskiego, jako tajnego współpracownika o pseudonimie „Janusz”. Samoistnie przerwała się więc bariera cnoty, jaką symbolizować miał niegdysiejszy duchowny, wychodzący z szamba Kościoła ku uleczającej jutrzence antyklerykalizmu. Swoją drogą ciekawe, czy faktem rejestracji pochwalił się już Kotliński swoim wiernym czytelnik na łamach założonego dekadę temu szmatławca?
I co będzie dalej? Powtórka z rozrywki, czyli wałkowanie schematu niewspółpracującego. Czyli, niczego nie podpisał. Dalej, nie ma oryginałów dokumentów. Dalej, nikomu nie szkodził. Dalej, ale przynajmniej nie brał za to pieniędzy… Itd. Aż do całkowitej kompromitacji?
Bo po cóż służba bezpieczeństwa miałaby wrzucić do swojej ewidencji młodego kleryka, a później o nim zapomnieć i faktem formalnego zawiązania współpracy się zadowolić? Chcieli mieć wtykę u chłopców w seminarium, to ją założyli. A potem grzecznie odstąpili od obfitego z niej korzystania? Coś mi się nie wydaje. Prawdy jednak poznać nie będziemy w stanie, gdyż teczka pracy TW „Janusza” została „zbrakowana”.
Sprawa śmierdzi na parę kilometrów. W licznych wywiadach i prelekcjach, jakie popełnia b. ksiądz Kotliński, wyłania się obraz Kościoła kompletnie zdemoralizowanego, a duchownych, jako nakierowanych na mamonę kurwiarzy, odgrywających przed publiką świętoszkowatych pretoria samego Chrystusa. W jednym z wywiadów dla Wirtualnej Polski (portal co prawda dla ludzie lekko upośledzonych, aczkolwiek wywiad godny polecenia), stawia absurdalną tezę, że antyklerykał to tak naprawdę osoba, która kocha chrześcijaństwo (bo zwalcza instytucjonalny Kościół).
Pada w tym samym wywiadzie również przeciekawa teza, związana z osobistymi perypetiami Kotlińskiego. Stwierdza on, że sutannę porzucił w wyniku osobistego konfliktu z biskupem ordynariuszem, któremu nie spodobało się to, że starą zakrystię oddał, a nie przekazał w darowiźnie kurii. To raz. A dwa, że jego aspiracją było zostanie proboszczem, ale na skutek opisanego wyżej zajścia ambicja ta nie mogła zostać zaspokojona.
Jakby na duchownych nie patrzeć, to jednak rzadko któremu udaje się zostać proboszczem w wieku… 29 lat (tyle miał Roman Kotliński, gdy przechodził w stan świecki). Być może właśnie niezaspokojenie materialnych żądań stało się dla dzisiejszego posła przyczynkiem do tamtej rejterady? A może stosunkowo młody na ten czas Kotliński wykoncypował sobie, że większe pieniądze, niż w Kościele, da się zarobić poza nim… poprzez regularne jego opluwanie?
Stawiam pytania, bo nie wiem. A może portret psychologiczny nowego nabytku polskiego parlamentaryzmu możliwy do naszkicowania był już wcześniej? W 1989r., gdy poprzez jakiś (nieznany nam szerzej) rodzaj wątpliwej moralnie współpracy starał się uprzywilejować własną pozycję, względem innych kleryków? W oświadczeniu opublikowanym na internetowej stronie „Faktów i Mitów” możemy przeczytać, że Kotliński miał przekazać funkcjonariuszowi zwrot kosztów przejazdu do Kłodawy, powodowany miłosierdziem („Przystałem na tę prośbę [zwrotu kosztów] kierując się odruchem współczucia i jeden jedyny raz oświadczenie o spotkaniu podpisałem” – pisownia w oryginale). A wszystko to należy umieścić w kontekście. Takim mianowicie, że każdy duchowny miał w PRL oficjalny zakaz podejmowania jakichkolwiek kontaktów z organami tajnej policji politycznej.
Krytykować z perspektywy cnoty najlepiej jest w momencie, w którym samemu można odeprzeć zarzut wulkanizowanego dziewictwa. W przeciwnym razie można narazić się jedynie na śmieszność, skrajną hipokryzję i niskie pobudki stawianych regularnie na łamach „Faktów i Mitów” oskarżeń.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)