Z politykami Platformy jest ten problem, że ciągle żyją w wyimaginowanej macierzy. Większość z nich jest przeświadczona, że sztuczki i pstryczki w szermowaniu pogardy dla PiS-u i Kaczyńskiego, są również jakąś wartością, czy narzędziem sprawowania polityki zagranicą. Że medialne uprawianie polityki można spuścić w głąb. A kogoś pokroju Tuska i Sikorskiego, rozegranych jak smarcze w pampersach przez Putina po smoleńsku, ktoś tam traktuje serio.
Oddajmy głos Radosławowi „Radkowi” Sikorskiemu (Berlin, 28. November 2011): „Mniej zaczynam się obawiać się niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności”. A dalej: więcej integracji, jako recepta na wyjałowienie integracji; wzmocnienie uprawnień instytucji unijnych; połączenie się w państwo federacyjne (unię realną, na wzór I Rzeczpospolitej). Kończąc wystąpienie wspomina polski szef dyplomacji rodzinną Bydgoszcz, gościnną drzewiej dla różnych nacji i kultur (Niemców, Żydów, Ormian…). Gdyby bardziej „Radka” Sikorskiego poniosła fantazja, mógłby dopowiedzieć, że brak integracji skończyć się może powtórką z „krwawej niedzieli” 1939r., więc niemieccy bracia, działajcie!
Obserwując trochę elektorat Platformy nawet się Sikorskiemu i Tuskowi nie dziwię. Kilkudziesięcioletnia pedagogika wstydu, kąkol wynarodawiania i braku poszanowania dla kraju zbiera żniwo. Są w Polsce ludzie (głupio napisać, że to też Polacy), którym wszystko jedno, czy będą mieszkać we Wrocławiu, czy in Breslau; w Bydgoszczy, czy in Bromberger. To taka formacja umysłowa, która za cenę lepszych mebli, samochodu z trójnogiem w kółku, czy koronkowych majtek zakładanych na zadki swoich kochanek nie widzi niczego zdrożnego w ograniczaniu atrybutów narodowej suwerenności do prerogatyw ciecia ze stróżówki.
Owszem, prawdą jest, że Niemcy w niemniejszym stopniu ponoszą odpowiedzialność za obecny kryzys. I że muszą w związku z tym wziąć na siebie ciężar wychodzenia z jego korkociągu. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że stworzenie silnego państwa europejskiego, będzie czymś innym, niż wzmocnieniem kanałów dyktatu niemiecko-francuskiego w UE. Polska – zwasalizowana i uzależniona od widzimisię zachodnich „partnerów” – siłą rzeczy będzie musiała na takim rozwiązaniu beknąć. Dzisiaj z nami w dyskursie unijnym mało kto się liczy. Na ile się zdały działania polskiej dyplomacji w sprawie gazociągu północnego? O co, jeśli nie o kant wiadomo czego, potłuc możemy sobie europejską zasadę solidarności?
Jeśli to Niemcy wezmą się za UE, to również oni rozdzielać będą środki i profity stamtąd. Ale, chwila moment! Czyż nie słyszeliśmy jeszcze we wrześniu, że musimy wybrać Tuska i „jego drużynę”, bo Kaczyńskiemu nie dadzą 300 mld euro? A teraz, gdy pojawia się w Europie kryzys (i zagrożenie jej posad), nagle polski rząd, ustami szefa dyplomacji, chce oddać prerogatywy Niemcom – największemu płatnikowi unijnemu? A Ci mimo wszystko nadal będą chcieli wpompować w nas taką górę ojro?
Smutno o tym pisać, ale reprezentowana przez Tuska formacja umysłowa nie dostrzega tego, jak Niemcy widzą Polaków i interes, który gotowi są na nas ugrać. Przypomina to trochę mniemanie o nas, jakie miał Herman Bucholc, bohater „Ziemi Obiecanej” Wł. Reymonta. O Polakach nie wyrażał się on inaczej, niż per kundle, bydło, psy. A przede wszystkim traktował nas przez pryzmat cywilizacyjnej wyższości („Bydło, bydło (…) U mnie zarabiają, ja im daję zarobek, oni mnie powinni całować po nogach, bo jakbym im nie dał roboty, to (…) zdechliby z głodu (…) jak psy”);. Jako ponura ciekawostka może być w kontekście wczorajszego wystąpienia ministra Sikorskiego przytoczona wiadomość, że Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe już pięciokrotnie stwierdził, że Rzesza Niemiecka (jako poprzedniczka RFN) istnieje w granicach z 1937r. Dzisiaj na swoim blogu Rybitzky przedstawia casus biedaczka-emeryta z Niemiec, który nie zorientował się nawet, że dojechał autostradą do Polski (gdyby „wdepnął” i do Wrocławia według Rybitzky’ego mógłby się w swojej konfuzji pogrążyć; polecam lekturę).
Co w sytuacji takiej blagi polskiego ministra sprawa zagranicznych robi szef opozycji? Grozi Trybunałem Stanu „Radkowi” Sikorskiemu… i wyjaśnia na konferencji prasowej dociekliwym dziennikarzom swoje anachroniczne, bo tkwiące głęboko w XIX w., rozumienie polityki. Mówi o trybunale, bo to dawny sąd odpowiedzialności politycznej, rozrysowuje różnicę pomiędzy państwem suwerennym, federalistycznym, a autonomią (brakuje tylko zarysu metodologii). Niczym wykładowca karci niedouczonych studentów-dziennikarzy. Czyli standard, w dalszym ciągu okopuje się Kaczyński w niszy niewybieralności.


Komentarze
Pokaż komentarze