Komunizm to nasza przyszłość nie wierzysz, że to nas czeka? Wystarczy rozejrzeć się uważnie. Historia rzadko krzyczy — częściej szepcze, a jej szept jest najgroźniejszy. Wszystko, co teraz dzieje się na świecie, zdaje się wskazywać kierunek, w jakim zmierza ludzkość. Imię tego celu ma brzmieć niewinnie, niemal znajomo: „komunizm”. Lecz nie będzie to system znany z podręczników ani z przeszłych eksperymentów politycznych. To będzie coś innego — straszny komunizm, jakiego ludzkość nigdy nie zaznała i którego nie potrafi sobie jeszcze wyobrazić.
Nie przyjdzie pod sztandarem rewolucji. Nie będzie czerwonych flag ani tłumów na barykadach. Przyjdzie cicho, pod pretekstem bezpieczeństwa, stabilizacji, równości i ratowania planety. Czy to, co się dzieje, nie wskazuje na to, że nie czeka nas raj na Ziemi? Kryzysy gospodarcze, koncentracja kapitału, globalne mechanizmy kontroli finansowej, cyfryzacja każdego aspektu życia — wszystko to tworzy architekturę świata, w którym jednostka staje się przejrzysta, policzalna i wymienna.
Politycy, banki oraz korporacje nie działają w próżni. Tworzą system naczyń połączonych, w którym przetrwanie zależy od kontroli zasobów. A najcenniejszym zasobem pozostaje człowiek — jego praca, jego dane, jego czas, jego posłuszeństwo. Jeśli zasoby materialne się kurczą, jeśli rosną napięcia społeczne, najprostszą odpowiedzią jest centralizacja i dyscyplina. W imię dobra wspólnego. W imię równości. W imię przyszłości.
Nowy komunizm nie będzie polegał na brutalnym odbieraniu własności z dnia na dzień. Własność stanie się iluzją stopniowo. Najpierw poprzez uzależnienie od systemów kredytowych, potem przez cyfrowe waluty kontrolowane centralnie, wreszcie przez regulacje, które sprawią, że posiadanie czegokolwiek niezależnie od systemu będzie niemożliwe. Prywatność zostanie uznana za zagrożenie. Samodzielność — za nieefektywność. Niezależność — za potencjalny ekstremizm.
W takim świecie równość nie będzie oznaczała godności, lecz ujednolicenie. Każdy otrzyma przydział, każdy zostanie sklasyfikowany, każdy wpisany w algorytm produktywności. Praca przestanie być środkiem do życia — stanie się obowiązkiem moralnym wobec systemu. Sprzeciw nie będzie tłumiony siłą; stanie się zbędny, bo alternatywa przestanie istnieć. Gdy całe życie — finanse, komunikacja, dostęp do żywności i energii — zostanie spięte jednym cyfrowym mechanizmem, wykluczenie z niego stanie się formą cywilnej śmierci.
Straszny komunizm przyszłości nie będzie ideologią mas. Będzie technokratycznym porządkiem, w którym algorytmy zastąpią sumienie, a efektywność — etykę. Politycy staną się administratorami procesu, banki — strażnikami przepływów, korporacje — wykonawcami globalnych strategii. Odpowiedzialność rozmyje się w strukturach tak złożonych, że nikt nie będzie winny, choć wszyscy będą współuczestniczyć.
Najbardziej przerażające jest to, że system taki może powstać bez jawnej przemocy. Wystarczy lęk. Lęk przed chaosem, przed kryzysem klimatycznym, przed wojną, przed biedą. W imię uniknięcia katastrofy ludzie zgodzą się na ograniczenia, które stopniowo staną się normą. Każde kolejne ustępstwo będzie uzasadnione jako tymczasowe. Tymczasowość jednak ma to do siebie, że potrafi trwać wiecznie.
W tej wizji człowiek przestaje być podmiotem historii, a staje się jej surowcem. Jego życie zostaje podporządkowane funkcji. Rodzina, tradycja, lokalna wspólnota — wszystko, co buduje niezależną tożsamość, zaczyna przeszkadzać w płynności systemu. Zostaje więc osłabione, zrelatywizowane, przekształcone w element konsumpcyjny. Ostatecznie pozostaje samotna jednostka w sieci — łatwa do zarządzania, łatwa do zastąpienia.
Czy to przesada? Być może. Lecz historia uczy, że największe przemiany zaczynają się od drobnych korekt. Jeśli kierunek pozostaje niezmienny — ku centralizacji, ku totalnej kontroli, ku redefinicji własności i wolności — finał może być logiczną konsekwencją, nie nagłym wstrząsem.
Straszny komunizm przyszłości nie będzie krzyczał. Będzie działał sprawnie. I właśnie w tej sprawności tkwi jego groza. Bo piekło, które funkcjonuje bez zarzutu, jest znacznie trudniejsze do rozpoznania niż to, które płonie jawnie.
Pytanie nie brzmi więc, czy nadejdzie raj. Pytanie brzmi, jak wiele wolności oddamy, zanim zrozumiemy, że raj obiecywany przez system może okazać się najdoskonalszą formą klatki.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)