Czy życie to absurd i taniec śmierci na drodze ku nicości? Cz to jest tylko wyrokiem, który zapada w chwili narodzin? Każdy oddech i każda chwila jest krokiem ku końcowi. Czas nie płynie — on odbiera, warstwa po warstwie, wszystko, czym jesteśmy. W tej perspektywie życie nie wydaje się być darem, lecz procesem nieuchronnej utraty, rozpisanym na lata, które tylko pozornie należą do nas.
Stąd rodzi się myśl najbardziej gorzka: żyjemy po to, żeby umrzeć, a wszystko inne jest jedynie cieniem tej prawdy („vivamus, moriendum est”). Opowieści o szczęściu, spełnieniu czy pięknie życia wydają się w tym świetle desperacką próbą zakrycia czegoś, czego zakryć się nie da. Jeśli życie jest piękne, dlaczego jego istotą jest cierpienie? Jeśli ma sens, dlaczego kończy się unicestwieniem? Te pytania nie są prowokacją, lecz logicznym krzykiem świadomości, która dostrzega pęknięcie w samej strukturze istnienia.
Cierpienie nie jest wyjątkiem w istnieniu czlowieka, jest regułą jego egzystencji. Ciało istnieje w stanie nieustannego zagrożenia: choruje, starzeje się, rozpada. Psychika nie przynosi ukojenia, lecz pogłębia dramat, wytwarzając lęk, niepokój, poczucie braku. Człowiek nigdy nie jest w pełni tam, gdzie jest — zawsze wybiega ku temu, czego nie ma, i cierpi z powodu tej nieosiągalności. Życie staje się więc napięciem bez rozwiązania, ruchem, który nie prowadzi do spełnienia, lecz do wyczerpania.
Śmierć jest jedyną pewnością, lecz nie niesie ze sobą ulgi, a jedynie domknięcie procesu degradacji. Nikt nie umiera z nadmiaru szczęścia; śmierć jest zawsze związana z jakąś formą bólu, rozpadu, kresu sił. Nawet jeśli przychodzi nagle, jest tylko potwierdzeniem kruchości wpisanej w samą możliwość istnienia. Nad tym wszystkim unosi się bezlitosna logika świata: przyroda niszczy, aby istnieć, a człowiek — świadomy — powiela to zło w wymiarze moralnym. Historia nie jest opowieścią o postępie, lecz o cierpieniu rozciągniętym w czasie.
A jednak najbardziej przerażające nie jest samo cierpienie, lecz możliwość, że jest ono pozbawione sensu. Jeśli wszystko, co istnieje, jest jedynie ślepym ruchem materii, to ból nie ma uzasadnienia, a śmierć nie ma znaczenia. Byłby to absurd absolutny, rozciągnięty nie tylko na życie jednostki, lecz na cały kosmos — milczący, obojętny, pozbawiony jakiejkolwiek racji istnienia. W takim świecie nie ma tragedii, bo tragedia zakłada sens, który zostaje utracony. Byłaby tylko pustka, która nawet nie wie, że jest pustką.
I tutaj pojawia się paradoks, który nie pozwala tej wizji się domknąć. Skoro potrafimy nazwać absurd, to znaczy, że w jakiś sposób go przekraczamy. Sam akt rozpoznania bezsensu zakłada istnienie sensu jako ukrytego punktu odniesienia. Nie można mówić o nicości, nie mając choćby przeczucia bytu. To przeczucie nie daje odpowiedzi, ale nie pozwala również pogodzić się z całkowitą negacją.
Kosmos, choć wydaje się obcy i wrogi, nie jest całkowicie chaotyczny. Jego struktura nosi ślady porządku, którego nie rozumiemy, lecz którego nie możemy zignorować. To właśnie czyni tragedię głębszą: nie żyjemy w czystym chaosie, lecz w rzeczywistości, która zdaje się mieć ukryty sens, niedostępny i milczący. Jakby istnienie było zagadką, której rozwiązanie zostało przed nami zamknięte.
Człowiek pozostaje więc zawieszony między dwiema przepaściami. Z jednej strony nieuchronność śmierci i wszechobecność cierpienia, z drugiej — niemożność przyjęcia, że wszystko jest całkowicie bezsensowne. W tej szczelinie rodzi się lęk przed Nieznanym, lęk, który nie ma ukojenia. Nie wiemy, dokąd zmierzamy, ani dlaczego w ogóle zostaliśmy postawieni na tej drodze.
Jeśli życie jest tańcem śmierci, to jest to taniec tragiczny — bez muzyki, której sens moglibyśmy zrozumieć. A jednak fakt, że go dostrzegamy, że próbujemy go nazwać, sugeruje, iż nie jest on całkowicie pusty. Być może sens istnieje, ale jest dla nas niedostępny; być może właśnie ta niedostępność jest jego najbardziej okrutnym wymiarem.
Jednakże w tym wszystkim co nazywamy tańcem śmierci na drodze do nicości jest jakiś sens, bo wszystko byłoby absurdem: absurdem, że się urodziliśmy, absurdem, że żyjemy i absurdem, że umieramy.
A jednak nad nami jest niebo gwieździste i są logiczne prawa kosmosu, zatem musi też istnieć jakiś cel życia człowieka i wtedy rodzi się nadzieja, że nie jest to absurd, lecz Bóg.
/Ilustracja z domeny publicznej: Antoine Wiertz (1806–1865), "Pochowany żywcem", domena publiczna /


Komentarze
Pokaż komentarze (4)