Unde malum? – Skąd zło? To pytanie powraca w dziejach myśli niczym echo, którego nie sposób zagłuszyć. Jest ono jednym z najbardziej uporczywych problemów metafizyki i teologii, ponieważ dotyka samego rdzenia chrześcijańskiego obrazu świata: jak pogodzić realność cierpienia, niesprawiedliwości i śmierci z istnieniem Boga wszechmocnego, wszechwiedzącego i – nade wszystko – miłosiernego?
Już św. Augustyn podejmował próbę rozwiązania tej sprzeczności. W duchu neoplatonizmu twierdził, że zło nie jest bytem w sensie ontologicznym, lecz privatio boni – brakiem dobra. Tak jak ciemność nie jest substancją, lecz brakiem światła, tak zło nie posiada własnej natury, lecz jest ubytkiem, deformacją, zepsuciem tego, co pierwotnie dobre. W tej perspektywie Bóg jako Stwórca wszystkiego nie może być źródłem zła, ponieważ zło nie jest „czymś”, co mogłoby zostać stworzone. Jest raczej konsekwencją wolności stworzeń, które odwracają się od dobra.
Jednak problem nie znika. Jeśli zło jest jedynie brakiem, to dlaczego doświadczenie ludzkie nadaje mu tak dramatycznie realny charakter? Odpowiedź augustyńska łagodzi napięcie metafizyczne, lecz nie usuwa egzystencjalnego ciężaru cierpienia.
W teologii reformacyjnej zagadnienie to nabrało jeszcze ostrzejszego tonu. Marcin Luter w komentarzu do Psalmów sugerował, że Bóg objawia się w historii jako Ten, który zwycięża zło. W jego ujęciu dopiero Jezus Chrystus odsłania prawdziwe oblicze Boga – Boga, który przechodzi przez dramat krzyża i triumfuje nad grzechem. Luter podkreślał realność zmagania, w którym człowiek uczestniczy. Zło nie jest jedynie abstrakcyjnym brakiem; jawi się jako siła, wobec której człowiek pozostaje bezradny bez łaski.
W XVIII wieku problem podjął Gottfried Wilhelm Leibniz w traktacie Teodycea. Dzieło to było polemiką z Pierre Bayle, który twierdził, że istnienie Opatrzności i ogrom zła wzajemnie się wykluczają. Bayle argumentował, iż skala cierpienia przeczy idei Boga dobrego i wszechmocnego. Leibniz odpowiadał, że nasz świat jest „najlepszym z możliwych”, ponieważ w boskim planie uwzględniono wszystkie logiczne możliwości. Istniejące zło jest warunkiem większego dobra; bez niego nie byłoby wolności, heroizmu ani moralnego wzrostu.
A jednak to stanowisko budzi sprzeciw. Czy rzeczywiście można powiedzieć, że wojny, katastrofy i niewinne cierpienia są elementami optymalnej konstrukcji rzeczywistości? Czy wszechmocny Bóg nie mógł stworzyć świata lepszego – takiego, w którym wolność nie prowadzi do destrukcji, a prawa natury nie przynoszą katastrof?
Tu pojawia się zasadniczy paradoks. Filozofia chrześcijańska utrzymuje, że zło nie jest bytem, lecz brakiem dobra. Tymczasem teologia mówi o osobowym złu – o szatanie jako realnym przeciwniku Boga. Jeśli zło jest jedynie brakiem, jak może być osobowe? Jeśli zaś jest bytem osobowym, jak pogodzić to z tezą, że wszystko, co istnieje, pochodzi od Boga? Napięcie między ontologiczną negacją zła a jego personalizacją w doktrynie religijnej pozostaje nierozstrzygnięte.
Do tego dochodzi rozróżnienie między złem moralnym a złem naturalnym. Zło moralne można wiązać z ludzką wolnością i odpowiedzialnością. Ale zło przyrody – trzęsienia ziemi, choroby, śmierć dzieci – wydaje się wpisane w samą strukturę stworzenia. Jeśli świat został stworzony przez Boga dobrego, dlaczego jego prawa generują cierpienie?
Ostatecznie człowiek staje wobec granicy rozumu. Próby teodycei – od Augustyna po Leibniza – są imponującymi konstrukcjami intelektualnymi, lecz żadna nie rozwiązuje paradoksu w sposób definitywny. Każda odsłania jedynie fragment większej tajemnicy.
Co zatem pozostaje? Być może jedynie nadzieja, że w tym, co przekracza nasze rozumienie, ukryty jest sens. Bez tej nadziei kosmos jawiłby się jako absurd, a historia jako bezcelowy dramat. Droga religijna proponuje odpowiedź nie w postaci dowodu, lecz zaufania – wiary w Boga, który ostatecznie zwycięża zło i wyzwala człowieka, jak brzmi modlitwa: „sed libera nos a malo”.
A jednak trzeba uczciwie przyznać: problem zła nigdy nie został rozwiązany i najpewniej nigdy rozwiązany nie będzie. Żaden filozof nie przedstawił argumentu, który ostatecznie pogodziłby istnienie wszechmocnego, miłosiernego Boga z realnością zła. I nic nie wskazuje na to, by miał się znaleźć taki umysł, który definitywnie rozproszy tę sprzeczność. Paradoks pozostaje – jako stałe wyzwanie dla rozumu i wiary, jako nierozwiązywalna zagadka wpisana w ludzką kondycję.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)