Żył da był, w pięknym mieście SZ. rozciągniętym na przesmyku między jeziorem jednym z większych w Polsce, a drugim, o nazwie Trzesiecko, fantastyczny jegomość, doktor nauk medycznych, R. Stasiak. Facet niepowszedni bardzo.
Były nauczyciel akademicki, były ordynator znanego oddziału ,znanego na Pomorzu szpitala, skonfliktowany z większością środowiska lekarskiego w mieście , szczery przyjaciel ludzi, o ile wiesz, że wśród ludzi, wymieniam także kobiety i ich rodziny. Ginekolog-położnik. Lekarz, dziwna rzecz, ale z charyzmą społecznika.
Pierwszy akapit zaczynam od rusycyzmu, bo w mieście przez blsko 50 lat stali Sowieci i dochodząc do siebie, szliśmy przez zboże. Do pobliskiego Bornego Sulinowa, na grzyby wyjątkowej rosłości - też.
W 2005 roku, małżonka moja, postanowiła pójść do lekarza od spraw kobiecych, a jej decyzja , już sama w sobie, była dość heroiczną, bo baba lekarzy lubiwszy, jak psy listonosza.
Siedliśmy radzić , do kogo, bo ginekologów w środowisku, nie dało się obejść, bez potykania się o jakąś recenzję, anegdotę lub domniemany nałóg. Wybór padł na dr Stasiaka, gdyż był lekarzem o tyleż modnym, co kontrowersyjnym, ponadto jedynym z dr przed godnością. Żona powróciła od niego moc zdegustowana. Lekarz nie dość, że był opryskliwo-życzliwy, tykał kobietę w mocno średnim wieku, to jeszcze na dodatek śmiał sugerować raka jajnika, sporo zaawansowanego, bo tak mu wychodziło z badania USG.
W normalych warunkach, w mieście SZ. rzecz prawie zawsze rekapitulowała się tak : lekarz po wypowiedzeniu diagnozy, zwykle kończył : - No, ma pani tego raka, współczuję, miłego dnia, -
Przypadek z wyboru, miał jednak inny, dalszy bieg. Po kilku dniach, w czasie następnej wizyty, dr R. Stasiak, oznajmił mojej, wciąż nieco zdegustowanej obcesowym tykaniem połowicy, że załatwił jej swoimi naukowymi kanałami, leczenie w klinice Akademii Medycznej , w Szczecinie. Nie w wojewódzkiej lecznicy onkologicznej, do której po latach trafił mój ojciec , ale do szpitala akademickiego. Tam uczeni doktorzy, z początku, postawili kontrdiagnozę, orzekając, że chyba nie rak ( hurra, Boże jedyny ! ) tylko ciężkie zapalanie otrzewnej i dawaj to zapalenie , zapalczywie leczyć. No, zapalenie było też. Zaś leczenie zapalności potrwało ponad miesiąc. Pierwsza akademicka laparoskopia, badania krwi ze znacznikiem, ujawniły raka jajnika, w czwartym stopniu zaawansowania, w skali do pięć. W tym momencie rokowania są trudne, bo przewidywalne, a statystyka polska - okrutna. W trakcie leczenia, w tym inwazyjnego ( dwie operacje ), poproszono mnie do pani profesor Izabeli Trepki -Górskiej, kierownika Katedry i Kliniki Ginekologii Onkologicznej PAM. Jasne, że z małżonką. Pani profesor, tonem nie znoszącym sprzeciwu, zażądała , byśmy odpuścili innym doktorom i zaufali akademickim, zabraniając także bywania ( w przyszłości ) u modnych znachorów i takich tam, bioenergo...srutu-tutu. Mimo powagi sytuacji, roześmiałem się w twarz maleńkiej, starszej pani, w buciskach na gigantycznym koturnie. Powiedziałem, że nie mamy innych doktorów, z wyjątkiem jednego - prowadzącego od początku, który jako pierwszy postawił właściwą diagnozę, wbrew uczonym akademikom. Pani zamilkła na dość długą chwilę. Potem, dobierając słowa, powiedziała do mnie :
- Niecały rok temu umarła na raka moja wnuczka, dziecko trzyletnie. Nic nie dało się zrobić. Pan rozumie, co czuje lekarz w beznadziejnej sytuacji, gdy umiera mu dziecko, najbliższe z najbliższych ? Postaramy się zrobić wszystko, byś pan nie musiał z żoną tego przechodzić. -
Jak powiedziałem, moja żona przeszła dwie operacje, trzy laparoskopie, przyjęła w sumie 47 litrów chemii, w tym jedną kolejkę niestandardowej. Jest moi Drodzy, kobietą po 60-tce, obecnie wciąż aktywną zawodowo i środowiskowo , mającą codzienne baczenie na to, by naszą, prowadzoną od 22 lat, firmę rodzinna, nie trafił jasny szlag, bo przecież kryzys i konkurencja. W tej chwili jest na badaniach w miejscowym szpitalu w SZ., dzięki czemu mogę spokojnie skończyć ten tekst, albowiem byłaby mu przeciwna - z powodów, jakich do końca nie rozumiem. Pono naruszam takim pisaniem jej cenną prywatność. Ponieważ jest to na przestrzeni paru lat, drugi taki,gramotny speach, cierpliwie jej wyjaśniam ,że ma to posłużyć. Jasne, że naszej wspólnej zdrowotności ; nigdy, nawet w krytycznej sytuacji, nie traćmy ducha, dobrze ? DOBRZE ? NO.
Ps : Z doktorem R. Stasiakiem umawiałem się w połowie listopada 2009 roku na ryby : do wyboru były pstrągi na Parsęcie lub dorsze na Morzu Norweskim. 13-go grudnia umarł, bo mu raptownie powrócił rak prostaty, chociaż sam sobie diagnozował... zapalenie płuc. Chłopy, nawet znakomitego charakteru, w chorobie słabo sobie radzą. Musicie im bankowo dać przykład wojowniczości, Dziewczęta. DOBRZE ? NO !



Komentarze
Pokaż komentarze (12)