A nawet i więcej. Tyle głosów - tak, ponad pół miliona! - w okręgu warszawskim zdobył Donald Tusk, co oznacza, że głosowała na niego niemal co druga osoba. Jarosław Kaczyński dostał mniej, bo ok. 200 000, ale i tak jest to wynik niesamowity - dla porównania, jeśli w którychś wcześniejszych wyborach jakiś polityk dostał 100 tysięcy, mógł puchnąć z dumy i uważać się za superlokomotywę wyborczą. Od 1989 nikt do wyników Tuska i Kaczyńskiego nawet się nie zbliżył.
To w sumie smutne. Bo pokazało, za czym Polacy naprawdę głosowali - nie za żadną pozytywną wartością, ale przeciw: przeciw IV RP Kaczora lub przeciw liberalizmowi Tuska. Ani lider PO, ani lider PiSu nie pokazali żadnego programu pozytywnego, tego, co mogą zrobić dla Warszawy, czy o jakie ustawy będą walczyć. Że nie byli od tego - zgoda, ale swoje osobiste waśnie narzucili wyborcom, którzy w swojej masie głosowali właśnie na nich, pomijając kandydatów z realnym programem dla okręgu. Owszem, paru takich się głównie z Platformy załapie, ale stanie się tak dzięki wynikowi Tuska, a nie głosom oddanym konkretnie na nich. Wolałbym jednak, żeby ludzie wgłębiali się nieco w listy partyjne, zamiast owczym pędem głosować na jedynki.
To raz. Po drugie: jakim cudem niemal połowę głosów w okręgu warszawskim zdobył człowiek, który ze stolicą do tej pory nie miał za bardzo nic wspólnego? Oczywiście, że dużo głosów na Tuska padło za granicą, ale nawet po ich odliczeniu zostaje kupa warszawiaków głosujących na spadochroniarza, który dla ich miasta raczej nic nie zrobi. Jeszcze raz owczy pęd pod hasłem "precz z Kaczorami" niż jakaś wyrachowana analiza. Do społeczeństwa obywatelskiego jeszcze nam brakuje dużo - najpierw musimy nauczyć się samodzielnie myśleć.


Komentarze
Pokaż komentarze