Tak wygląda prawdziwe oblicze środowiska WSI, które i dziś rozdaje karty przy obecnej władzy. Które ponownie "wróciło do łask", dzięki Uśmiechniętemu Populizmowi, dla którego wrogiem jest Cenckiewicz a bohaterem Dukaczewski.

A całe to, jak najbardziej realne, systemowe zagrożenie, przykrywane jest najbardziej podłą i kłamliwą propagandą, w której sojusznicy i agenci Moskwy, WSI i przyjaciele tej służby, okazują się ekspertami od walki z Rosją, zaś ich przeciwnicy- agentami Putina. Ten niebezpieczny i zwyczajnie podły bełkot nie byłby zaś możliwy, gdyby nie zwarty front medialnych cyngli, od Wyborczej, przez TVN i rozmaite Polityki i inne Newsweeki.
Wklejam poniżej wstrzasający tekst Doroty Kanii.
Gdyby chcieć streścić go w jednym zdaniu, brzmiałoby ono- "uważajmy, uważaj Polsko".
Tekst pokazujący bezmiar niebezpiecznego absurdu i zwyczajnej agentury, która stworzyła 3 RP, a i dziś konstytuuje władzę Tuska.
Osobiście miło mi, że wprowadzeniem do niego (a i impulsem do napisania) jest historia, części z Was może znana, o mojej i Wojtka i Samuela "randce", jaką niegdyś mieliśmy z Dukaczewskim oraz jego kolegami.
„Wiele lat temu wylądowałem z przyjaciółmi, Wojtkiem i z Samuelem, na dość wyjątkowej imprezie. Było to spotkanie stowarzyszenia SOWA, zrzeszającego byłych członków i sympatyków WSI. Przygoda była niesamowita i warta kiedyś dłuższego opisania, tutaj maksymalnie skrócę. Odbywała się ta impreza na jakimś zadupiu, w kantynie na terenie koszarów, koło setki ludzi, same chłopy, poszła jedną damą. Pojechaliśmy incognito, hehe, udając młodych fascynatów WSI i militariów. Nasze wejście spowodowało szok, ale też błyskawicznie zostaliśmy przez Dukaczewskiego rozpoznani, jednak nie wyrzucono nas, co skądinąd pokazuje bezczelność i pewność tych typów (zrozumiałe, był to okres rządów poprzedniego Uśmiechu,). Dukaczewski był oczywistym królem i kontrolował swoich ludzi, do czasu. Otóż po prostu jego ziomkowie w pewnym momencie za bardzo popili (sam Dukaczewski nie pił). I zaczęło się. Durne żarciki, jak to nas załatwią czy sugestie, że źle skończymy (żeby było jasne, to nie były groźby tylko właśnie takie chamskie, prymitywne droczenie się dresiarza z kimś, kogo uważa za słabszego). Historie o tym, jak to oni załatwili, dzięki pomocy kolegów z Rosji, Kaczyńskiego (brednie, ale znów, pokazujące poziom tego środowiska). Ale najbardziej uderzające było to, jak mówili o Rosji. Z jaką miłością i podziwem. Jak się chwalili tym, że są na telefon z oficerami GRU, że się u nich szkolili, że GRU uważa ich za swoich i będzie bronić. Że oni są po stronie właściwej, silniejszej, Putina, że Ameryka może im podskoczyć. Połączenie najgorszego ześwinienia, prymitywizmu i absolutnego, szczerego zachwytu Rosją i tym, że się tej potędze sprzedali.”
— Dawid Wildstein
Ten wpis działa jak zapalnik. Otwiera klapę do świata, który po 1989 roku miał zniknąć, a tymczasem zmienił tylko formę istnienia. Świata, w którym lojalność nie kończy się na granicy państwa, a sentyment bywa silniejszy niż konstytucja.
Historia opisana przez Dawida Wildsteina nie jest anegdotą z marginesu. To mikroportret środowiska, które po rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych nie rozpłynęło się w powietrzu, lecz zebrało w struktury towarzyskie, stowarzyszeniowe i medialne. Jedną z nich było Stowarzyszenie SOWA — organizacja założona formalnie w styczniu 2010 roku, a więc na chwilę przed zamachem w Smoleńsku aktywizująca się właśnie wtedy, gdy w Polsce zaczęto zadawać pytania o wpływy, ciągłość kadr i dawne lojalności.
Na jej czele stanął Marek Dukaczewski — jeden z ostatnich szefów WSI, oficer szkolony w Moskwie w czasach PRL. Postać-symbol. Człowiek, który dziś chętnie występuje w mediach jako autorytet od „rosyjskich wpływów w Polsce”, a jednocześnie reprezentuje formację będącą przedłużeniem Zarządu II Sztabu Generalnego i Wojskowej Służby Wewnętrznej — struktur wprost podporządkowanych Moskwie.
Najbardziej uderzające w tej opowieści nie są pijackie docinki ani dresiarstwo w mundurach weteranów. Uderzające jest coś innego: szczerość. Brak maski. Zachwyt Rosją nie jako abstrakcyjną potęgą, lecz konkretnym patronem. Telefony do oficerów GRU, wspomnienia szkoleń, przeświadczenie, że „Moskwa swoich nie zostawia”. To nie była poza. To była tożsamość.
I teraz fakt, który każe ten tekst czytać wolniej.
To wszystko działo się w murach Akademia Obrony Narodowej — instytucji, która miała kształcić przyszłe elity Wojska Polskiego. Dwa lata po katastrofie smoleńskiej. W czasie, gdy opinia publiczna wciąż była karmiona opowieścią o „przypadku”, „błędach pilotów” i „teoriach spiskowych”.
W tym samym czasie środowisko byłych WSI konsolidowało się, broniąc „dobrego imienia” własnego i własnych interesów. Jak wynikało z ustaleń Komisji Weryfikacyjnej WSI, mechanizmy wypracowane w Oddziale „Y” — tajnej komórce peerelowskiego wywiadu — łączyły szpiegostwo z nielegalnymi interesami, prowizjami, operacjami bankowymi i przejmowaniem zagranicznych spadków. To z tych schematów wyrastały patologie w rodzaju FOZZ.
Jednym z ludzi tego świata był Zenon Klamecki, oficer WSI i konsultant osławionego filmu „Dramat w trzech aktach” (TVP, 2001), który próbował przypisać braciom Kaczyńskim finansowanie z afery FOZZ. Reportaż tak nierzetelny, że jego autorzy otrzymali antynagrodę „Hiena Roku” od SDP. Przypadek? Nie. Ciągłość narracji.
Dlatego warto dziś wracać do takich świadectw jak wpis Wildsteina. Nie po to, by epatować sensacją, lecz by zrozumieć mechanizm projekcji. Ci sami ludzie, którzy przez lata funkcjonowali w orbicie Moskwy, dziś najgłośniej krzyczą o „rosyjskich agentach” po drugiej stronie sceny politycznej. To stara technika: oskarżyć innych o to, co samemu ma się w biografii.
Ten tekst nie jest rozliczeniem przeszłości. Jest ostrzeżeniem. Bo jeśli kiedyś, na śliskim placu koszarowym, padało: „Uważajcie panowie”, to dziś to ostrzeżenie dotyczy już nie dziennikarzy, lecz całego państwa.
XXX
Zbierałam się do napisania tego tekstu od dłuższego czasu – historię przywołał wpis Dawida Wildsteina. Pracowaliśmy w Gazecie Polskiej Codziennie -byłam wówczas szefową działu krajowego, w którym byli Samuel Pereira i Wojtek Mucha; Dawid Wildstein zajmował publicystyki. Trójka nierozłącznych przyjaciół.
Pewnego dnia natknęłam się w internecie na ogłoszenie informujące, że Stowarzyszenie SOWA — skupiające byłych żołnierzy i sympatyków Wojskowych Służb Informacyjnych — zaprasza na świąteczne spotkanie. Jego prezesem był i pozostaje do dziś Marek Dukaczewski, jeden z ostatnich szefów WSI, oficer szkolony w Moskwie jeszcze w czasach PRL.
Szczególnie uderzające było to, że spotkanie miało odbyć się w murach Akademii Obrony Narodowej. Uczelnia, która powinna kształcić przyszłe kadry Wojska Polskiego, udostępniała swoje podwoje ludziom związanym z formacją będącą de facto przedłużeniem Zarządu II Sztabu Generalnego i Wojskowej Służby Wewnętrznej — struktur całkowicie podporządkowanych Moskwie.
Kiedy przeczytałam to ogłoszenie, powiedziałam o nim dziennikarzom i zaproponowałam, by poszli na to spotkanie incognito. Było bardzo zimno. Wszystko przebiegało dokładnie tak, jak po latach opisał to Dawid Wildstein.
Jest jednak jeszcze jeden szczegół, który zapadł mi w pamięć. Gdy dziennikarze wychodzili, Marek Dukaczewski, patrząc na nich z troską, powiedział: „Uważajcie panowie, jest bardzo ślisko, łatwo o wypadek”.
Poszli tam incognito. Nie podali swoich prawdziwych danych, Samuel Pereira nie używał swojego nazwiska. Było to na tyle dawno, że nikt jeszcze ich nie kojarzył ani prywatnie, ani publicznie. Ani Wojtka Muchy, ani Dawida Wildsteina, ani Samuela Pereiry. Dziś z pewnością nie byłoby to już takie proste.
https://x.com/DawidWildstein/status/2008921097102668031
Inne tematy w dziale Polityka