Już za kilka dni przekonamy się o tym kto przez kolejne cztery lata pomieszka sobie w Białym Domu. Człowiek to jednak zwierzę niecierpliwe i nie jest w stanie wyczekać kilku dni dlatego na blogu Woyzecka można pobawić się w typowanie wyników. Nie jest to co prawda łatwe, bo administracja nie zdecydowała się promować tej zabawy a Woyzeck pisze w trochę innych ramach czasowych niż przeciętny bloger, ale warto spróbować. Ja spróbowałem i chcę przedstawić swój typ i jednocześnie go uzasadnić.
Obstawiam wygraną Obamy. W moim typie urzędujący prezydent dostaje 303 głosy elektorskie, pozostałe 235 przypadają Romneyowi. To dosyć zdecydowane zwycięstwo, biorąc pod uwagę minimalną przewagę Obamy w ogólnokrajowych sondażach (aktualna średnia: +0,2% dla Obamy). Dlatego nie powinno być zaskoczeniem, że przed wyborami uznałem, że w sondażach ogólnokrajowych jest coś nie tak. Ale uznałem tak na podstawie konkretnych przesłanek, nie ad hoc. Moją przesłanką jest rozbieżność między sondażami w swing states (stany gdzie tradycyjnie wybory są wyrównane) a sondażami krajowymi. W sondażach ze swing states Obama wygrywa w kluczowych stanach, które wystarczą mu do zwycięstwa. I wygrywał je również wtedy, kiedy Romney zdecydowanie odbił się na poziomie krajowym po pierwszej debacie. Wyniki tych sondaży podaję za średnimi z realclearpolitics.com, strony, która zajmuje się agregacją sondaży i wiadomości z amerykańskiej polityki. Strona ma nieznaczny skręt w stronę republikańską, więc trudno ich podejrzewać o propagowanie Obamy.
Obama ma dzisiaj przewagę w ponad 1,5% Pennsylwanii (4,1%), Wisconsin (4,2%), Michigan (4,0%), Iowa (2,5%), Nevadzie (2,8%) i - co najważnisze w Ohio (2,8%). Zwycięstwo w tych stanach plus zebranie głosów w stanach uznawanych za mniej więcej bezpieczne, daje Obamie 277 głosów elektorskich, wystarczająco dużo, żeby wygrać wybory.

Dlaczego akurat 1,5%? Tylko raz od 1980 zdarzyło się, żeby wybory w danym stanie wygrał ktoś, kto przegrywał o >1,5% w przedwyborczych sondażach. Z kronikarskiego obowiązku, był to Teksas w 1992, kiedy sondaże wskazywały na zwycięstwo Clintona o 3,5% a w końcu wygrał Bush Sr. Poniżej 1,5% różnicy, sondaże stanowe są niezbyt konsekwentne. Na 14 sytuacji tylko 6 razy sondaże wskazały zwycięzcę poprawnie. 5 razy, sondaże wskazały republikanina, wygrał demokrata, 3 razy było na odwrót. Można jeszcze dodać, że 1992 to dziwny rok wyborczy w Stanach, bo kandydat niezależny zdobył aż 18%, i to właśnie rezygnacja z popierania Rossa Perota na korzyść Busha Sr. w ostatniej chwili spowodowała taki duży błąd.
W takim razie na ile dobre są sondaże stanowe w przewidywaniu? Znalazłem dane na ten temat i sondaże stanowe sprawdzały się bardzo dobrze A szczególnie dobrze w zaciętych wyścigach. W ostatnich 4 wyborach prezydenckich błąd sondaży mieścił się w zakresie 0,1-1,2%. W tym samym czasie, błąd sondaży ogólnokrajowych wyniósł między 0 a 5,2%. W całej historii (od 1972, bo wcześniej było po prostu za mało sondaży), sondaże stanowe sprawdzają się znacznie lepiej - ich średni błąd wynosi 1,8%, 1,1% jeżeli wykluczyć z analizy tragicznie przewidziany rok 1980, a sondaże krajowe mają błąd rzędu 2,1% (1,5 bez 1980).
Szanse Romneya na zwycięstwo są zatem niezbyt duże. Sympatykom Romneya zostaje liczyć na ogromną wpadkę Obamy, albo na to, że wszystkie pracownie są bardzo mocno skrzywione w stronę demokratów. Historycznie sondaże bardzo lekko nadreprezentują demokratów ale jest to bardzo niewiele. W ostatnich 30 latach średnie odchylenie w wyborach prezydenckich wyniosło zaledwie 0,3%, chociaż były lata, gdzie błąd był znacznie większy - w obie strony zresztą. Szansa na to, że sondaże niedowartościowują Romneya są więc podobne do szansy na to, że te same sondaże zdecydowanie go przeceniają. Pozostaje ocenić skalę zwycięstwa Obamy. A ta zależy od 4 stanów - Florydy, Virginii, New Hampshire i Colorado. Sondaże w tych stanach wskazują na remis. W II turze typowania u Woyzecka, obstawiłem wygraną Obamy w NH i CO. W trzeciej turzedorzuciłem do tego tygla VA. Florydę zostawiłem Romneyowi, stąd moja ostateczna mapa wyborów wygląda następująco:

Ale typowanie tych czterech stanów to raczej zabawa i ruletka niż rzetelna analiza. Bo szanse na zwycięstwo to nadal 50:50 (może poza NH, gdzie Obama ma nieco większą przewagę). Tymniemniej zaliczyłem na korzyść Obamy jego zachowanie w czasie huraganu Sandy i to, że zyski Romneya po pierwszej debacie zdają się nie tyle hamować, co nawet cofać. Floryda, mimo tego, że poparcie dla Romneya nieco zmalało w ostatnich dniach, powinna być w wystarczającym stopniu zabezpieczona. Kto wie, czy gdyby Sandy poszła trochę niżej, nie typowałbym 332 głosów elektorskich dla Obamy?
Moja analiza jest subiektywna jak każda inna, ale starałem się w niej opierać na rzetelnych źródłach i eliminować wpływ mojej własnej sympatii politycznej. Na ile mi się to udało, przekonamy się w środę rano (chyba). Po wyborach, obiecuję solennie, że jeżeli moja prognoza zupełnie się nie sprawdzi, posypię głowę popiołem i postaram się przeanalizować, gdzie popełniłem błędy. Miejmy nadzieję, nie tylko ze względu na moją dumę ale również ze względu na USA, że nie będę musiał tego robić.


Komentarze
Pokaż komentarze (55)