sirene sirene
245
BLOG

Za dużo słów albo tylko jedno...

sirene sirene Rozmaitości Obserwuj notkę 3

Dzisiaj brakuje mi słów, albo mam ich aż za dużo w sobie… Tak dużo, że aż ręka zastyga nad klawiaturą, a za nią zastyga całe ciało, po czym zastyga umysł, skupiony na jednym tylko słowie  “czekanie”. Pozostaje mi czekanie. Czekanie na symptomy. W sumie, najbardziej adekwatne w tej całej mojej sytuacji byłoby zwykłe i przeciągłe słowo “kuuurwa”, takie z echem, ewentualnie “dupa”, ale to już nie to samo. Na ogół mało przeklinam, i to raczej za kierownicą.

Czekam na symptomy, czekam aż ten tajemniczy niewidoczny wirus da o sobie wreszcie znać, gdy rozłoży i rozgrzeje, a następnie oszpeci moje ciało, a może nawet wedrze się do mózgu. Albo czekam na cud… Sprawdzałam, że mam mniej niż 10% szans, żeby nie zachorować. Kupiłam z tej okazji Porto, pyszne słodkie i ciężkie. Takie lubię. I zamierzam się dziś upić! Niech mi przypomina o słonecznej Portugalii, o tamtych małych dębach na wzgórzu fatimskim, o bezkresnym błękitnym niebie, szaro-niebieskim gładkim morzu, i oszałamiająco kolorowych kwiatach rozbłyskujących w słońcu intensywną magentą i purpurą i taką żółcią, że aż chciałoby się ją jeść albo zanurzyć w niej.  Portugalia, do której chciałam kiedyś wrócić i może tam nawet zostać na zawsze...

Pozostają mi marzenia i słodki smak w ustach. Albo gorycz. Przedobrzyłam z tą “byciem dzielną, byciem wytrwałą i znoszącą wszelkie niewygody”. Dzisiaj czara się przelała, a ja mam nadzieję, że pójdę wreszcie po rozum do głowy. Czy ja zawsze tak mam, że muszę dostać kopa w dupę, poważne ostrzeżenie od życia, być na granicy i dopiero wtedy mnie to mobilizuje i stawia do pionu? Może artyści tak mają? Może jestem jednak artystką?

A więc, do rzeczy, powiem sucho i niestety nieartystycznie i nie w stylu, w jakim chciałabym cokolwiek pisać. Czy wiecie, co to jest chickenpox? Ja się dzisiaj rano dowiedziałam i zapamiętam to angielskie słowo chyba jak żadne inne…

Ospa wietrzna. Tak, okazuje się, że Billy, syn mojego landlorda od ponad tygodnia ma ospę wietrzną. W poniedziałek co prawda poszedł do pracy, ale kto by się przejmował takimi drobnostkami… Przy czym do głowy mi nie przyszło, że jest chory. Myślałam, że miał urlop w zeszłym tygodniu. Owszem, zauważyłam czerwone wielkie zgrubiałe krosty na jego twarzy, nawet na ustach, ale pomyślałam, że to trądzik młodzieńczy zaatakował biednego 19-latka. Udawałam, że tego nie zauważam, żeby mu nie robić przykrości. Nawet sobie konwersowaliśmy w kuchni, ja i ta zaropiała twarz. Powinnam być bardziej czujna… Przecież Billy cały  tydzień przeleżał przed telewizorem w salonie przykuty do sofy, trzymając komputer na kolanach. Już tak chorował w grudniu. Pamiętam ostatniego Sylwestra, jak leżałam z gorączką, bo złapałam właśnie od Billego tego fatalnego wirusa. On źle się czuł parę dni, a u mnie to przyjęło postać zapalenia oskrzeli i zatok, po których do tej pory tak naprawdę nie doszłam do siebie.

Nie przyszło mi do głowy, że można być tak bezmyślnym i tak sobie po prostu leżeć z ospą w przechodnim pokoju połączonym z przedpokojem i kuchnią. Za każdym razem jak wychodziłam czy wchodziłam do  domu, musiałam przejść koło tej cholernej sofy z otyłym chłopakiem zrośniętym z nią. Billy tak lubi na ogół spędzać wolny czas, przed telewizorem… Tak się uczył również do matury… Ani słowem też się nie zająknął, że się źle czuje, że coś jest nie tak. Przecież tu wszyscy zawsze udają, że są “okey i fine” i czują się dobrze.

Na czekanie na symptomy dobre jest pisanie albo picie alkoholu, albo długi spacer. Dzisiaj tak zrobiłam, niech mój pies przynajmniej ma coś od życia, bo jutro jest niewiadomą. Nie opowiedziałam jednak jeszcze najważniejszego. Jeśli macie cierpliwość, to wszystko przed nami…

Billy nie obudził mojej czujności. W dodatku w weekend przyjmowali gości w salonie. Przyszła kochanka, o pardon, znajoma  landlorda z małym synkiem. Tak, to też uśpiło moją czujność. Nawet to, że landlord ostatnio zniknął w swoim pokoju na dwa dni nie obudziło moich podejrzeń. Dopiero dzisiaj rano ta jego twarz… Tylko się żachnął, nieco zawstydzony, “Aaa, to chickenpox”. To dla niego nic wielkiego… To niech sobie, tłumok, poczyta o komplikacjach, gdy się przechodzi ospę w dorosłym wieku jak się wcześniej na to nie chorowało i gdy organizm jest osłabiony dodatkowo chorobami przewlekłymi. 

Oczywiście landlord mnie nie uprzedził wcześniej, że jest chory. Dopiero o ósmej rano, gdy mieliśmy już być w pracy, bo razem pracujemy jako jeden zespół tzw. mobile caretakers, zadzwoniłam do niego, czy nie pora wstawać, bo się przecież spóźnimy. Lee czasem lubi zaspać. A ten mi odpowiada, że jest chory, i że kogoś po mnie przyślą.

“Umyj lepiej te klucze od samochodu”. Przypomniał sobie nagle o higienie. Nie chciałam brać wcale tych kluczy od niego, w ogóle nie chciałam tam zaglądać do tej jego zasyfiałej sypialni, której nigdy nie wietrzy i w której na okrągło śpi u niego w łóżku ta jego olbrzymia karmelowa suka rasy Bullmastiff, ale musiałam się dostać do samochodu służbowego. Przetarłam te klucze chusteczkami dezynfekującymi, powiedzmy na pocieszenie, że to pomogło...

Lee czuł się już źle w piątek. Zauważyłam, że był jakiś nieswój, markotny. Ponieważ zrobiło się zimno i nie mopujemy teraz klatek, tylko je zamiatamy, pracy jest mniej i mamy dużo czasu, żeby sobie siedzieć w samochodzie. Tak więc sobie siedzieliśmy razem, ja i chory Lee. On się jednak specjalnie nie przejął. W sobotę i niedzielę robił nadgodziny z naszym miłym kolegą Kolumbijczykiem.

Dopiero dzisiaj rano, gdy przyjechał po mnie na zastępstwo kolega, powiedzmy, że mu Adam na imię, Adam z Krakowa... Ten się przestraszył na dobre, jak mu powiedziałam, że Lee ma wysypkę. Wtedy do mnie tak naprawdę dotarło... Sięgnęłam do Ipada, szybko sprawdzam ten chickenpox. A ten  już wietrzy samochód, bo mogę zarażać. Zwolniłam się. Uciekłam. Zdążyłam mu się jeszcze wyżalić na warunki higieniczne tego domu. Poprosiłam go też w przypływie paniki, czy nie ma możliwości pomóc mi znaleźć pokój, choćby na krótko, póki sobie czegoś innego nie znajdę. Przecież kiedyś nawet mi coś proponował, ale się w końcu rozmyślił. Ma w domu wolny pokój, z oddzielnym wejściem, przygotowany pod wynajem. Tak trudno jest znaleźć pokój, gdy się mieszka z psem... “Dzieci się boją psa”, tak mi odpowiedział krótko. Przecież mój pies nie kręci się po domu, jest zamknięty w pokoju. Psa prawie nie słychać. Ja do kuchni też prawie nie zaglądam. Może jednak, Adam…? Proszę cię. Póki czegoś nie znajdę, oczywiście, jak się okaże, że nie jestem chora... “Poszukam czegoś dla ciebie u nas w parafii. Może będą mieli pokój. Dam ci znać, odezwę się na pewno”. Nie odezwał się. Może się jutro odezwie.

Mogę zarażać… Teraz czekam na symptomy i mogę się trochę wczuć, jak to było kiedyś, gdy panowała zaraza. Właściwie czuję się trochę tak, jakbym przeniosła się w tamte odległe czasy. Przecież w tym domu, gdzie mieszkam, mydło zużywam głównie ja. Tu się chyba rąk nie myje. Czemu wcześniej o tym nie pomyślałam? O czym w ogóle myślałam? Że jakoś to będzie? Już wiem... już mi świta w głowie... miałam problemy z nogami. Kostki zaczęły mi wysiadać od ciągłego chodzenia i przenosiny tutaj bardzo mi pomogły. I odpadły też dojazdy pociągami. I tamten dom... straszny, z dziesięcioma Polakami. Już pamiętam... Tak łatwo zapominam.

Muszę się szybko wyprowadzić, bo się tu wykończę. Lee już pochował dwie żony, a ja na pewno nie chcę być trzecia. Wody w tym mieszkaniu też się mało zużywa. W umywalce są te diabelskie angielskie kraniki. Z jednego leci ukrop, a z drugiego lodowata woda. I oni tak ciurkają tę wodę. Jak słyszę dwa krótkie ciurknięcia, to chyba myje się twarz? Ogrzewanie jest tylko u mnie w pokoju. Dobrze, że mi pozwolił używać piecyk olejowy, który kupiłam.

Odechciało mi się jeść. Niedobrze mi. Nie wiem, czy to z nerwów, czy już od choroby. Jakoś tolerowałam dotąd te jego robocze rękawice w kuchni, rękawice, którymi dotykał śmietników, śmieci, i innych brudów. I tak w kuchni prawie nie przebywam, mam też swoje talerze, szafkę, miejsce w lodówce... Tylko ten zlew… Już może nie będę opisywać. Zmęczona jestem. W głowie mi huczy. Coś mnie swędzi. Nie wiem, jak to wytrzymam. Nie mam objawów na skórze, a już mnie atakuje jakieś wyimaginowane swędzenie.

Lustro. Przyglądam się uważnie mojej twarzy. Czy pojawią się na niej te obrzydliwe krosty? Mam taką gładką skórę, tylko trochę zmarszczek przy oczach. Wyglądam młodziej o co najmniej 10 lat, tak ludzie mówią. Nawet dzisiaj babka w sklepie uważnie mi się przyglądała i bąknęła pod nosem, że młodo wyglądam. Musiała usunąć blokadę w kasie automatycznej, żebym mogła kupić alkohol. Odpowiedziałam jej poufale, że ja już mam 42 lata… Chyba zrozumiała z pewnym wahaniem, że nie potrzebuję okazywać dokumentów. Ale tak naprawdę ten wiek jednak widać. Czasu się nie oszuka. W dobrym świetle widać sieci zmarszczek wokół oczu. Nigdy się tym aż tak bardzo nie przejmowałam. Przecież musimy iść do grobu zużyci…

sirene
O mnie sirene

innym razem

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Rozmaitości