Problemy demograficzne są poruszane coraz częściej w debacie publicznej, ale zazwyczaj mówi się o nich w kontekście emerytur czy braku rąk do pracy. Zbyt często pomijamy aspekt militarny. Po II wojnie światowej jako Europa zaniedbaliśmy ten obszar, wierząc w wieczny pokój. Dopiero agresja Rosji na Ukrainę zmusiła nas do otrzeźwienia.
Wystarczy spojrzeć na Rosję. W samym 2024 roku urodziło się tam zaledwie 1,22 mln dzieci. Jest to najniższy wynik od 1999 roku! Trend spadkowy trwa: liczba urodzeń na początku 2025 roku była o kolejne 4% mniejsza. Według ukraińskiego wywiadu (HUR) wojna może doprowadzić do skurczenia się populacji Rosji aż o 25% w ciągu pół wieku. Do tego dochodzą straty frontowe – szacuje się, że Rosja straciła (zabitych i rannych) ogromną liczbę żołnierzy, co dewastuje demografię kraju.
To pokazuje kruchość społeczeństwa w czasie wojny. A co będzie z nami, jeśli za kilka lat konflikt zapuka do naszych drzwi, a my będziemy jeszcze starszym społeczeństwem niż dziś?
Jednak czy w wojsku potrzebna jest masa ludzi w tych czasach? Czy rozwijająca się technologia będzie w stanie nas zastąpić na froncie? Czy kryzys demograficzny nie ma żadnej korelacji z obronnością? Przecież wojny wyglądają inaczej niż kiedyś. Drony, sztuczna inteligencja i cyberataki całkowicie zmieniły pole walki. Zmniejszają zapotrzebowanie na "mięso armatnie". Natomiast jest jedno wielkie „ale”. Jak mawia stara wojskowa zasada: dopóki na danym terenie nie postawi stopy żołnierz piechoty, ten teren nie jest opanowany ani obroniony. Przecież dron nie zajmie okopu, nie ewakuuje rannych i nie będzie fizycznie pilnował mostu. Technologia wspiera człowieka, ale (jeszcze) go w pełni nie zastępuje.
Wychodzi więc na to, że jesteśmy w strategicznym rozkroku. Potrzebujemy i nowoczesnych technologii, i ludzi, których z roku na rok w Polsce drastycznie ubywa.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)