Jak wczoraj swiętowałem rocznicę Powstania Warszawskiego?
Zastanawiam się, czy słowo 'świętować' nie jest zbyt starodawne. W zasadzie spędziłem tę niedzielę niemalże jak każdą inną. A więc Msza, refleksja, odpoczynek, internet.... - wyciszenie. Ważnym jednakże 'akordem' była przejażdżka po stolicy.
Piękna pogoda zachęcała do roweru. Wczesnym popołudniem w blasku sierpniowego słońca odwiedziłem plac Piłsudkiego, tuż po głównych uroczystościach. Zastałem przygotowywaną scenę na wieczorne śpiewanie powstańczych pieśni, niedużą grupkę ludzi i snujących się byłych powstańców. Niektórzy rozmawiali, kręcili się obok Grobu Nieznanego Żołnierza, jeszcze inni robili sobie zdjęcia lub po prostu patrzyli. Uderzyło mnie zagubienie kombatantów. Mimo, że uroczystości sie skończyły, oni wciąż stali na rozgrzanym słońcem placu i niedowierzając patrzyli sie na wieńce kwiatów. Zrozumiełem, że dotyka ich nieskończona tęsknota za kolegami z młodości a zarazem twkić muszą w świecie im poniekąd obcym, świecie telefonów komórkowych, półnagich nastolatek, dziennikarzy zadających tendencyjne często głupie pytania, czy polityków czytających przemówienia z kartki o ludziach kombatantom tak bliskich. Boleć musiała też bardzo w tym roku mała liczba warszawian śledzących na żywo uroczystą zmianę warty przy Grobie NZ. Ale to mnie nie zdziwiło, wszak sam nie czułem potrzeby być tam w południe z ludźmi, którzy w większości składaja owe wieńce z przymusu, a co najwyżej z poczucia obowiązku. Telewizyjna transmisja wystarcza w takiej sytuacji.
Obrałem kurs na Stare Miasto. Konkretniej - Krakowskie Przedmieście. Z czasem ulice zaczęły się zwężać, czekała mnie trzęsawka na warszawskim bruku, wymijanie coraz gęstszych tłumów, restauracyjnych parasoli, budek z lodami ... aż wresszcie ulge przyniósł szeroki i równy granit Krakowskiego Przedmieścia. Jechałem powoli, mijałem potężny tłum spacerowiczów, turystów po obu stronach ulicy. Co kilkadziesiąt metrów grupki harcerzy. Część osób dzierży biało-czerwone chorągiewki, część ubrana w powstańcze T-shirty. Mijam jakegoś pana też na rowerze, u bagażnika powiewa mu polska flaga. Mężczyzna rzuca spojrzenie na mój rower również przystrojony w mała horągiewkę. 'Swój', pomyśleliśmy. Coraz większy tłum, im więcej restauracji tym większa masa ludzi. W pewnym momencie nachodzi mnie myśl o tym, że nie potrafimy uczcić tego dnia. Powstańcy za kilka godzi ruszą na Niemców, a ja beztrosko jadę rowerem, jakiś facet zajada się kotletem a kobieta przegląda się w witrynie sklepu czy przypadkiem nie jest za gruba. Nie wspomne o rzeszy nastolatków zalewających się piwem. Nie rozstrzygnąłem czy owa refleksja jest mądra czy głupia. Wiedziałem, ze napewno nie jest adekwatna, i pojechałem dalej.
Wreszcie dojechałem do Krzyża. Tzn w okolice Krzyża. tu ludzi było już co niemiara. To był mój prawdziwy cel podróży, choć sam go nie nakreśliłem, to jednak jak magnez sciągał mnie ku sobie. Zatrzymałem się, odetchnąłem. Nie próbowałem dostać się pod Krzyż. Nie było szans, zbyt wielu Polaków chciało być 1 Sierpnia właśnie w tym miejscu. Pomodliłem się więc na odległość i rozpocząłem szwendanie się między ludźmi. Zauważyłem, że część ludzi raczej stoi tu długo, stoją niemalże bez ruchu. Są jak strażnicy, jak rodzina tych co polegli pod Smoleńskiem. Łatwo z miejsca określić ich silne przywiązanie do śp Prezydenta. Inni spacerują wokół Krzyża, patrzą na ziemię - tam pod tym pomnikiem porozkładane są fotografie Pary Prezydenckiej, znicze, kwiaty, prywatne krótie listy do Prezydenta, flagi, święte obrazki, różańce, kawałki polskiej prasy traktujące o 'wypadku'. Wielu patrzy, czyta. Jeszcze inni oglądają wystawę zdjeć Pary Prezydenckiej, która jest usytuowana tuż za Krzyżem. Tam też trudno się było dostać, a już w szczególnosci z rowerem. Większość ludzi jednak stoi w sąsiedztwie Krzyża, zapewne modli się, wspomina, patrzy na ten symbol religijny ale także symbol Polskości. Niektórzy z nich cierpliwie czekają na swoją kolej, może uda się podejść bliżej i też popatrzyć, poczytać? Część ludzi wpisuje się na listy poparcia ws niezależnej komisji ds Katastrofy, które to listy dzierzą w dłoniach szczupła brunetka i starszy, ale potężny i mocno opalony pan. Warte odnotowania jest to, że trudno było znaleźć osobę spacerującą Krakowskim, która choć na chwile nie zatrzymałaby się w okolicy Krzyża. Wszystko to sprawiło, że w 20-30 min. Krzyż odwiedziło kilka tysięcy ludzi, a stale w jego okolicy stało naraz około setki.
Ani razu jak dotą nie napisałem 'Pałac Prezydencki'. Trzeba przyznać, ze ogrom Katastrofy, ten tydzień czuwania po tym wydarzeniu oraz dyskusja na temat Krzyża sprawiły, że ten skromny, rachityczny symbol nabrał niesamowitej siły, mocy, znaczenia i donisłości. Odniosłem wrażenie, że mimo ze jest taki niewielki, całkowicie góruje nad okolicą i przysłania nie tylko okoliczne kamienice czy kolorowe ogródki piwne, ale własnie nawet sam Pałac Prezydencki.
O jego oddziaływaniu świaczyły też ożywione dyskusje. Niektórzy głosili jakieś większe mowy, odrazu wokół nich gromadziły się grupki ludzi i każdy wtrącał swoje 3 grosze a dyskusja miała swoją temperaturę. Jako że stałem troszkę z boku bardziej dochodziły do mnie komentarze ludzi mniej zaangażowanych że tak to określę. Były różne. Pewnien ok 35 letni pan swierdził do zapewne żony, że 'jak się za ten Krzyż wezmą to będzie wojna'., Inna starsza pani powiedziała jakby do siebie, czy do wszystkich, że 'Tu jest Polska, tu jest Polska'. Jakaś 20dziestka z rodzicami stwierdziła do mamy: 'to już przesada, niedługo tu będą pielgrzymki szły. Do Smoleńska słyszałam ze już są pielrzymki'. Stojący dosyć daleko bo jeszcze za mną jakiś 30 latek stwerdził do kolegi, że 'Bronek wróci z urlopu i przegoni towarzystwo'. Jeszcze inny około 40 letni pan wdał sie rozmowę z 3 włoskimi turystami i po angielsku wyłożył im, że rozbił sie samolot prezydencki, co się stało naprawdę jest wciaż tajemnicą i Polacy nie ufają Rosjanom i rzadowi polskiemu, do grupy których jak stwierdził on też się zalicza. Minął mnie tez mężczyzna który wracając spod samego Krzyża podniecony niemal piszcząc mówił do jakiejś kobiety: 'chodź tam, mówię ci jakie oszołomy!' Jednym słowem opinie Polaków jak w pigułce. Część sensownych, część niemalże jak cytaty z naczelnych interntowych trolli.
Wracając do domu, przejechałem też Grzybowską i z radością odnotowałem gigantyczną kolejkę przed wejściem do Muzeum PW.
To by było na tyle. Wróciłem do domu zrelaksowany wspaniałym ciepłym a niegogorącym warszawskim powietrzem, jeszcze mocniej opalony i wyciszony tak, jak wyciszone jest w niedzielę stołeczne miasto. Zrozumiałem jeszcze dobitniej, jak bezsensowny jest jazgot wokół Powstania, jego szans, celów, przyczyn czy, a może przede wszystkim sensu. Powstanie się odbyło, bo nikt z tych ówczesnych warszawian nie chciał żyć w niewoli, poniewierce, gwałcie, ucisku i ciągłym widmie rozstrzelania podczas wypadu po papierosy. Powstanie się odbyło, bo tamci ludzie w nim walczący wypowiadają się w słowach mądrych, prostych i łatwych. To tylko świadczy o tym, że tak jak dziś, tak i wtedy, rozkaz znaczył dla nich obowiązek, wartości znaczyły zasady, a nade wszystko walka znaczyła wolność. Zrozumiałem również, że pamięć Powstańców łatwiej, prościej i mądrzej jest dziś celebrować i czcić wokół Krzyża, pod Pałacem Prezydenckim. Idea powstańcza wczoraj znalazła swój dom właśnie w tym miejscu, ponad pomnikami, salwami, politykami, kamerami.
Odwiedzajmy Cmentarz Powązkowski, bo to święte miejsce. A inne miejsca związane z 1.VIII.1944? Niech nas prowadzą nogi, rower, tramwaj, samochód, autobus....ja wczoraj trafiłem pod prosty dębowy Krzyż.
Tak, swiętowałem to dobre słowo.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)