Wczorajsza debata Jarosław Kaczyński - Tomasz Lis była moim zdaniem absolutnie przełomowym momentem kampanii wyborczej. Stało się bowiem coś, czego nawet ja - umiarkowany zwolennik PiSu, nie przewidziałem. Otóż spodziewałem się wygranej na agrumenty Kaczyńskiego. Nie spodziewałem się jednak znokautowania rywala.
Zacząłem od słowa debata. Trochę może dziwne, ale w Polsce AD 2011 kraju niedemokratycznym czego przejawem są upolitycznione media, rozmowa z Tomaszem Lisem jest jak rozmowa z przedstawicielem opozycji partyjnej - a więc debata. Można więc śmiało dokonać identyfikacji: LiS=PO. I tak tę debatę odebrali Polacy, bo tak ją komentują - jako zwycięstwo PiSu nad PO. I słusznie.
Czym różni się zakładana przezemnie przed debatą wygrana od nokautu?
Wygraną Kaczyński odniósł już m.in. w debatach z Bronisławem Komorowskim. Debaty te pozwoliły mu nadrobić ok. 5% w wynikach wyborów. Tylko tyle i to w wyborach dwubiegunowych ,a więc kiedy głosy rozkładają się wyłącznie na 2 osoby. Po 2giej debacie media najpierw ogłosiły lekką wygraną Kaczyńskiego, po 2 godzinach był już remis a nazajutrz zdaniem maintreamu Komorowski zmasakrował rywala. Ale na taką manipulację mogły sobie pozwolić, bo to była tylko wygrana.
I tu dochodzimy do pojęcia nokautu. Wczorajszy nokaut jakiego dopuścił się premier Kaczyński na Lisie i w konsekwencji Platformie Obywatelskiej, polega na tym, że po prostu rywal już się nie podniesie. Nie podniesie go też chór proPOwskich dziennikarzy. Bo zwyczajnie PO nie zostało obite, ale leży na macie już ponad 24h i nie daje znaku życia. Cokolwiek nie powiedziałby ekspert z Czerskiej czy Wiertniczej ratując omdleńca, nie przyniesie to zamierzonego efektu. Chyba że efekt odwrotny, bo stwierdzenie dziś że Kaczyński na debacie stracił lub nic nie zyskał jest tyle sensowne co wiara w to że 2x2=5.
Kaczyński był wczoraj bezwzględny. Pomny wcześniejszych doświadczeń z wrogami (bo trudno to środowisko nazwać inaczej) zdecydował się na pokonanie rywala jego wlasną bronią.
A więc postanowił być uśmiechnięty, pozytywny, wyluzowany. Co więcej używał bardzo mocno swoich atutów. Nie ograniczał sie w zdecydowanym mówieniu o polskiej racji stanu czy o pseudoautorytetach typu Balcerowicz. Zresztą agresywny Lis usankcjonował takie odpowiedzi prezesa i przy ostrym i wykorzenionym Lisie brzmiały one łagodnie i patriotycznie.
Kolejna sprawa i najważniejsza to język. Kaczyński sypał ripostami, żartował, nawet kpił. Używał prostych ale prawdziwych argumentów i walił nimi w oponenta jak cepami. Jednym słowem przybrał retorykę bardzo atrakcyjną dla elektoratu niezdecydowanego, bezideowego a także elektoratu PO. Pokazał się jako człowiek mocny, zdecydowany, co potrafi dać popalić. Elektorat PO nie znosi słabych, lubi słuchać i ogladać polityczne nokauty. A tym razem dostał to od Kaczyńskiego i to w mocnej dawce. Ten przekaz Kaczyńskiego - jasny, wypowiedziany z olbrzymią wiarą w to co mówi, musi tez zaktywizować bierny elektorat i ten rozczarowany rządami PO. Kaczyński do nich dotarł. Nigdy wcześniej chociażby portal Wirtulana Polska nie zanotował tylu komenatrzy i wizyt. I nigdy wcześniej tylu pozytywnych ocen i komentarzy nie zdobyło Prawo i Sprawiedliwość.
Kaczyński wygrał wczoraj wielką bitwę. Bez wzgledu na to, czy mu to wystarczy by zostać ponownie szefem rządu, czy nie.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)