Jak wiadomo Stalin indagowany co też stało się z tysiącami oficerów powiedział, że być może uciekli do Mandżurii.
Dziś nikt już nie ma pozycji Stalina- i na Mandżurię pozwolić sobie nie może- jednak na mini Mandżurię już tak- i tak traktuję rozpowszechnianie tezy o tym, że kazał lądować Pan Prezydent, którą sączono do uszu juz zaraz po katastrofie.
Sikorski relacjonował, że informację o wypadku samolotu prezydenta przekazali mu obecni na lotnisku przedstawiciele ministerstwa. Szef dyplomacji natychmiast skontaktował się z pozostałymi najwyższymi urzędnikami państwowymi - jeszcze przed rozmową z Kaczyńskim zadzwonił do premiera Donalda Tuska i marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego.
Zdaniem Sikorskiego, rozmiary katastrofy początkowo nie były jasne, ponieważ otrzymał komunikat, że "samolot się rozbił, ale nie było wybuchu". - Teraz miałem dylemat czy po takiej jednoźródłowej informacji stawiać w stan kryzysu całe państwo. Wysłałem pierwszego SMS-a do premiera i zadzwoniłem do ambasadora - powiedział. Szef MSZ dodał, że w ciągu kilku-kilkunastu minut ambasador Polski w Rosji Jerzy Bahr był przy wraku samolotu. Według Sikorskiego z tego, co pamięta pierwsze słowa ambasadora brzmiały: "nie powinni byli lądować".
Ambasador już wiedział. W zasadzie nie mam większych złudzeń, że ustalenia komisji dokładnie to potwierdzą. Oczywiście ambasador miał prawo w emocjach powtarzać wersję Rosjan- ale dalsze jej propagowanie to już wielka niefrasobliwość.
Nie wiem kto pierwszy wpadł na pomysł " prezydent kazał"- czy nasi rodzimi-chciałabym rzec pożyteczni idioci- ale zaczynam powoli nie wierzyć, że tu chodzi tylko o idioctwo- czy jednak zasugerowali to Rosjanie.
Słyszałam pana Hypkiego, który powiedział iż nawet jeśli na czarnych skrzynkach nie ma dowodów na naciski ze strony pasażerów- to nie wyklucza to nacisków.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)