Było ostatnio o pijanych politykach więc dzisiaj podejmę temat pijanych lekarzy :)
Prawie rok temu media podały informację o kolejnym pijanym przypadku w naszym, prawdziwym, polskim szpitalu. Tym razem zalana była pani ginekolog ze szpitala im. Hagera z Tarnowskich Gór, która świadoma swojej wartości lekarskiej ruszyła ze skalpelem do kobiety w ciąży.
Kobieta - pacjentka sama urodzić nie chciała więc potrzebne było cesarskie cięcie.
Oderwana od wieczornych zajęć lekarskich, polegających na uzupełnianiu energii, pani doktor poszła ciąć z jednym tylko promilem alkoholu we krwi. Sensacja żadna - lekarka z Wrocławia miała 2.6 promila.
Ślad tej interwencji light dzieciak będzie nosił do końca życia pewnie, a naznaczenie pozostałości komuny w naszym kraju wyznacza dwu centymetrowa blizna na twarzy noworodka.
Oczywiście przyjechała policja, na wszelki wypadek zbadała alkomatem cały personel oddziału, wyszło na to, że zalana była tylko pani doktor.
Prokuratura rejonowa z Tarnowskich Gór poprosiła o wyłączenie jej ze sprawy gdyż pani doktor jest mamą jednej z prokurator w okolicy i lepiej by sprawa odbyła się w innej jednostce osądzającej. Sprawę przejęła prokuratura w Bielsku Białej. I wreszcie po kilku miesiącach postawiła lekarce zarzuty uszkodzenia ciała i narażenia dzieciaka i matki na ciężki uszczerbek zdrowia.
Powinien być koniec opowiadania o kolejnej pijanej postaci w białym kitlu...
Ale nie będzie.
Nic tak społeczeństwa nie interesuje jak reakcja Izby Lekarskiej w obliczu problemu pijaństwa wśród lekarzy. Pijaństwa w pracy oczywiście, bo to robią w domu to ich broszka.
W powyższym przypadku Izba Lekarska zawiesiła, ale nie lekarkę tylko postępowanie w sprawie lekarki aż do wyjaśnienia przez prokuraturę. Chodzi o to, że Izba nie wie czy pijana lekarka zagroziła życiu pacjenta czy też nie, ponieważ gdy sąd tego nie udowodni to nie ma się czego czepić. Inaczej mówiąc - nie ma trupa, nie ma sprawy.
A nawet gdy jest, to Izbie ciężko swoich osądzać.
Pamiętamy sprawę łowców skór i bierność instytucji dyscyplinującej lekarzy. Aferę dializową, która została określona jako nagonka medialna na środowisko lekarskie. Znamy też opinię lekarzy ordynatorów na temat pijanych kolegów i pamiętam, że swego czasu szczególną popularnością cieszyła się sprawa lekarki, której czujność i bystrość uśpiły (według jej zwierzchnika) zioła, którymi ofiara nagonki prasy opiła się przed dyżurem.
Chociaż lekarze na rauszu nie są już taką normą jak za czasów cudownego socjalizmu, to jednak można mówić o poprawie sytuacji. Nie dlatego, że lekarze mniej piją, ale dlatego, że obywatele wiedzą co zrobić gdy pijany kitel zbliża się do nich ze skalpelem. Wprawdzie kitel uparcie chce udzielać pomocy dalej, ale presja wizyty na komisariacie policji czy tez publicznego dmuchania w alkomat zaczyna być powoli batem na słabości naszych uzdrowicieli.
Zmieniamy się my i nasze oczekiwania wobec służb, którym płacimy ciężkie pieniądze za opiekę. Mamy narzędzia dyscyplinujące w postaci mediów. Szkoda tylko, że środowisko lekarskie postanowiło solidarnie się wspierać nawet za cenę utraty swojego prestiżu.
alex



Komentarze
Pokaż komentarze (4)