Niemieckie elity uważają nas za idiotów. Nic innego nie przychodzi mi do głowy, gdy słyszę oficjalne komentarze dotyczące kolejnych zamachów terrorystycznych u naszych zachodnich sąsiadów. W ekspresowym tempie jedyną obowiązującą narracją stało się udowadnianie, iż Niemcy nadal są wolne od islamskiego terroryzmu, a nieszczęsne ataki są dziełem chorych psychicznie nieszczęśników. Furda te wrzaski "Allahu akbar!", furda ciapaty kolor skóry zabójców "w turbanach" i ich pochodzenie etniczne - po latach spokoju wysypało w Niemczech chorymi psychicznie, i to w najbardziej ekstremalnej postaci. To musi być jakiś (niechybnie sztuczny i amerykański!) wirus, wybiórczo atakujący ludzi z genomem z konkretnej haplogrupy, oczywiście zupełnie przypadkowo popularnej w rejonie pomiędzy wschodnimi brzegami Morza Śródziemnego a ośnieżonymi szczytami Himalajów.
Brzmi idiotycznie?
Pośpiech, z jakim policja ogłasza psychiatryczne motywy autorów ostatnich ataków, każe sądzić, iż decyzje zapadają na samym szczycie. Pokusiłbym się o uściślenie, że na poziomie kanclerskim. Szlak jest już przetarty i w pełni demokratyczne, niemiecke standardy, znane z sylwestrowych wypadków kolońskich, zapewne zostały zachowane. Rozpędzony przez Angelę Merkel straceńczy pociąg z islamskimi "uchodźcami" może jedynie gnać szybciej - hamowanie, podobnie jak we Francji, w żadnym wypadku nie wchodzi w grę. W chwili obecnej niemieckim władzom pozostaje tylko reagowanie na zdarzenia, których może być - i będzie! - tylko więcej. Co jeszcze bardziej tragiczne, przy takim nasyceniu kraju ludźmi o "nieeuropejskim typie urody" całkowicie niemożliwym jest uprzedzanie ataków przez służby specjalne. Pomijajac jednostkowe przypadki udaremnienia klasycznie przygotowywanych zamachów a la 9/11, obecnie trzeba spodziewać się ataków zupełnie niespodziewanych, dokonywanych przez "solistów" tylko ogólnie inspirowanych hasłami ISIS. Maczety, noże, bomby, ciężarówki, broń palna - to katalog już wykorzystanych środków terroru. Trudno przewidzieć, co jeszcze ta islamska dzicz wymyśli - ostatecznie człowieka zabić można nawet widelcem albo porcelanowym kubkiem z sojowym latte. Liczy się skutek. Bajdurzenia medialne, że "Niemcy nie pozwolą się zastraszyć i nie zmienią swojego stylu życia" ucichną po kilku kolejnych rzeziach, dokonywanych prozaicznymi narzędziami w prozaicznych miejscach. Pomyśleć, jakim szokiem dla przeciętnego Niemca musi być nadciągająca świadomość, że wyjście z domu to istne Sarajewo'91, to wyjście na pole minowe, gdzie brutalna śmierć z ręki kakaowego przybysza ("Herzlich Willkommen, Freunde!") może przyjść w automyjni, hipermarkecie, kawiarence za rogiem, pralni czy oświetlonym deptaku w Stadt-Zentrum.
A wszystko dzięki Angeli Merkel i obłąkańczym - nie tylko niemieckim - elitom, które oczadziałe dobrobytem na grecki kredyt i swoją lewicową wyższością nad faszystowskim, konserwatywnym bydłem nie przyjęły do wiadomości prostego faktu, że zostawianie domu z tabliczką EU w nieciekawej dzielnicy i z drzwiami otwartymi na oścież po prostu musi skończyć się katastrofą.
Dzięki ci, Panie, że nie urodziłem się Europejczykiem, psem czy świnią.
Dzięki ci, że urodziłem się w Polsce.
A ofiarom zamachów wieczny odpoczynek racz dać, Panie.
[MS]



Komentarze
Pokaż komentarze