Główni aktorzy na politycznej scenie Polski wytaczają przeciwko sobie najtęższe działa. Doradzający stratedzy wymyślają coraz to nowe chwyty; była powtarzana jak mantra teza, że PO "nie ma z kim przegrać", publicyści (ci z dolnych półek) wmawiają słuchaczom i czytelnikom, że PIS, to kurczaca się partyjka i przegrała ileś tam razy z rzędu - niechybnie więc przegra i tym razem . Ostatnio lansuje się teorię, że PIS to partia "niesystemowa", że "delegitymizuje" demokratycznie wybrany rząd i prezydenta...
Ze strony przeciwników rządu wysuwane są różne zarzuty; w czasie ulicznych demonstracji oczywiście dochodzi do przezwisk - "zomowcy", "reżimowcy" i oczywiście nieparlamentarnych okrzyków. Przedstawiciele PIS - jej członkowie - w swoich wypowiedziach wskazują na szereg zaniechań rządu w sprawie smoleńskiej katastrofy, na zaniechania w sferze naprawy finansów publicznych, na wzrost bezrobocia, na wzrost zatrudnienia w administracji, na fatalne poczynania w sprawie gazu (kontraktu gazowego, rurociagu Nord Stream, gazoportu w Świnoujściu), na beznadziejne prowadzenie polityki zagranicznej. Prezes Kaczyński określił całokształt poczynań rządu związanych z wyjazdem polskiej delegacji z prezydentem na czele do Smoleńska słowami z utworu Zbigniewa Herberta - "zostali zdradzeni o świcie..."
Zastanawiałem się, na czym w praktyce polega owo "delegitymizowanie" rządu i prezydenta, ściśle biorąc - na jakiej podstawie tak władza sądzi? Nie znajduję nic sensownego, uzasadniajacego tę tezę. Prawdopodobnie idzie o to, że prezes Kaczyński nie przyjmuje zaproszenia prezydenta na posiedzenia dotyczacące bezpieczeństwa narodowego (ale przysyła swoich pełnomocników), że nie uczestniczy w oficjalnych uroczystościach z udziałem prezydenta i premiera, że (jak się wypowiedział) - rękę premierowi może podać wyłącznie w momencie przejmowania po nim tego stanowiska. Krótko mówiąc "niesystemowość" PIS, to brak dostatecznej miłości prezesa tej parti do rządu i prezydenta. Jarosław Kaczynski wielokrotnie wytłumaczył swoje w tym wzgledzie postepowanie - mianowicie, nie ma zamiaru w jakimkolwiek stopniu fraternizować się z ludźmi, którzy wielokrotnie w niewybredny sposób obrażali jego tragicznie zmarłego brata - prezydenta Rzeczypospolitej Polski.
Nie widzę jednak symetri w metodach prowadzenia kampanii wyborczej dwóch głównych sił politycznych. Sytuacja zaczyna przypominać okres późnego PRL, kiedy to komuniści (władzy będziemy bronić jak nipodległości) - nie wahali się uciekać do największych oszustw i manewrów, do cenzury, do manipulacji medialnych. Rzeczywiście wielka panika musiała zapanować w obozie rządzącym, że ucieka się aż do prymitywnych chwytów rodem z systemu, w którym ogromną rolę odgrywało "ministerstwo prawdy". Popłoch zapanował, kiedy okazało się, że na oficjalne, rządowe uroczystości związane z rocznicą katastrofy smoleńskiej przybyła garstka ludzi, a w manifestacjach organizowanych przez PIS uczestniczyło wiele tysięcy Polaków. Trzeba było wielokrotnie zaniżyć tę liczbę w doniesieniach medialnych, trzeba było odpowiednio kadrować recenzje filmowe. Pojawia się pytanie - kto tutaj jest antysystemowy? W debatach telewizyjnych króluje generalna zasada - przynajmniej czterech (w tym prowadzący) adwersarzy na jednego przedstawiciela PIS - kto tutaj jest antysystemowy? W wypowiedziach najważniejszych przedstawicieli PO (w tym D. Tuska) pojawia się fraza, że za "wszelką cenę" nie można dopuścić do zdobycia władzy przez PIS, "swięta" ikona Solidarnośi - L. Wałęsa mówi, że "coś trzeba z tym zrobić...", niewybredne wyzwiska wicemarszałka sejmu pod adresem PIS i jej prezesa to już poziom blokersów z przedmieścia. Kto tu jest niesystemowy?
Wszystko zdaje się zmierzać do "demokratycznego" systemu panującego na Białorusi czy w Rosji. Gdyby tam uczciwie policzono głosy, to oczywiście okazałoby się, że istotnie zdecydowanie wygrywa Putin i Łukaszenka. W Polsce tego typu "demokracja" na pewno nie przejdzie. Warto się w porę opamiętać


Komentarze
Pokaż komentarze (2)