Zagrożenie dla finansów państwa, które wynika z opublikowanych "osiągnięć" w tej dziedzinie tzn. deficyt budżetowy w wysokości 9,8 % PKB i zadłużenie państwa osiagające prawie 55 % PKB - jest dość powszechnie znane. Aby obniżyć deficyt budżetowy w 1912 r.do poziomu 3 % PKB należy osiągać przez rok bieżący i następny wzrost dochodu narodowego przynajmniej po 5 % i nie zwiększać żadnych wydatków (ten drugi warunek już nie jest spełniony) ; pierwszy też wydaje się niemożliwy. Pozostaje najprawdopodobniej podniesienie VAT o dalsze 2 punkty procentowe: tzn. taki scenariusz byłby, gdyby się rząd PO - PSL utrzymał ; w innym rozdaniu politycznym są możliwe oczywiście inne, znakomicie dla Polski lepsze, warianty.
Innym zagrożeniem dla finansów publicznych, może bardziej odsuniętym w czasie, są zobowiazania wynikajace z przyjętego pakietu energetyczno-klimatycznego. Main stream'owe media problem ten skazały na śmierć przez przemilczanie; nagłośnienie go mogłoby bowiem spowodować kłopoty dla rządu, który przecież ma w tej chwili inne ważne sprawy na głowie - przede wszystkim wybory.
Szczyt Ziemi, jaki się odbył w Rio i przyjęta konwencja ONZ z 1992 r. nie określała sposobu i "narzędzi" walki z emisją CO2 do atmosfery. Tzw. Protokół z Kioto przyjęty przez wiekszość państw określił m.in. redukcję emisji CO2 przez państwa UE o 8 % , Polska ten wskaźnik przekroczyła czterokrotnie, inne państwa unijne osiągnęły redukcję rzedu 2 %, Hiszpania znaczaco zwiększyła emisję. 23 kwietnia 2009 r. PE i Rada Europy przyjęła Dyrektywę nr 2009/29/WE w sprawie EU ETS dotyczącą tzw, uprawnień do emisji CO2 i handlu tymi emisjami; jako podstawę do określenia przydziału praw emisji przyjęto osiągnięty status quo (nie uwzględniając dotychczasowego wysiłku Polski w tym względzie) . Jednoczesnie przyjęto "Decyzję" PE i Rady Europy nr 2009/406/WE w "sprawie wysiłków podjętych przez państwa członkowskie zmierzających do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych o 10 % w sektorach nie objętych systemem EU ETS..." (Dotyczy to emisji z transportu, rolnictwa, mieszkalnictwa handlu, usług, komunikacji itp...)
"Dyrektywa" przyjęta z udziałem premiera Tuska już funkcjonuje - obejmuje ona swoim zakresem wielkie instalacje przemysłowe (w tym elektrownie węglowe) i przewiduje modernizację tych instalacji (wychwytywanie CO2 i magazynowanie go), bądź likwidację, lub płacenie kar. Wszystko to ma następować stopniowo; początkowo uprawnienia do emisji całkowicie ją pokrywają (nawet np. Polska posiada ich pewne nadwyżki, które już są sprzedawane), później będzie gorzej , a nawet bardzo źle - może to nas kosztować setki miliardów EURO. Cena energii elektrycznej wzrośnie skokowo, co przełoży się na podrożenie kosztów w każdej dziedzinie, przegranie w konkurencji i upadek gospodarki państwa. Wszystko to w sytuacji, kiedy "stare" państwa unijne emitują znakomicie więcej CO2 od nas, ale z innych źródeł, które nie obejmuje Dyrektywa EU ETS. Te inne źródła emisji CO2, to tzw Non ETS - przewidziane do kwantyfikacji wspomnianą "Decyzją". Ma to być od 2013 r., zmniejszenie o 10 %. Jednym słowem czarowanie naiwnych (głównie Polski) przez jajogłowych z Brukseli.
Więcej na ten temat pisałem w notkach: http://sporozdziwien.salon24.pl/291100,amatorszczyzna http://sporozdziwien.salon24.pl/279169,czy-znowu-nas-wymanewruja
Opaczna realizacja protokołu z Kiotu przyjęta przez UE polega na żmudnych pomiarach emisji spalin przez wielkie instalacje (w tym elektrownie weglowe), co jest wielce pracochłonne, ale możliwe i w dalszej konsekwencji nałożenie odpowiednich sankcji. Gorzej z tymi pozostałymi sektorami (źródeł emisji jest nawet kilkaset milionów). By być konsekwentnym należałoby przy każdej rurze wydechowej zainstaloować rejestrator ilośći i czystości spalin, albo, by być dokładnym - postawić inspektora desygnowanego przez Brukselę. W tym celu należałoby zaimportować kilkaset milionów Chińczyków... Oczywiście kpię sobie, ale problem jest poważny; już teraz przyjęta horrendalna metoda wymaga dziesiątek tysięcy nowych biurokratów zajetych sprawdzaniem, liczeniem, rachunkiem i handlem uprawnieniami, negocjacjami i setkami innych niepotrzebnych spraw, a przypominam dotyczy to tylko około 10 tysięcy wielkich emitentów CO2. Dlatego nigdy nie ma szans wdrożenie tego systemu w odniesieniu do np. samochodów.
Czyli stan obecny jest taki, że my z wiadomych względów płacimy za emisję CO2, a "stare", bogate państwa UE - nie, pomimo, że one emitują go znakomicie więcej.
Jakoś nie mogę zainteresować żadnego decydenta, czy też bardziej poczytnego publicystę do innego podejścia, do innego sposobu liczenia emisji CO2 (w linkach podane są równania chemiczne, które przy pewnych założeniach, pokazują dokładnie ilości powstającego CO2 przy spalaniu określonego paliwa). Ilość różnych paliw, jakie zużywają poszczególne państwa jest łatwa do określenia. Pozostaję przyjąć na szczeblu Rady Europy wskaźnik finansowy odnoszący się do emisji CO2 na jednostke powierzchni, może jeszcze uwzględniając zalesienie. Taki rachunek na szczeblu UE mogłoby prowadzić dwóch pracowników, nie setki tysięcy, jak jest już teraz. Dość powiedzieć, że na szczeblu Ministerstwa Środowiska działa KASHUE - Krajowy Administrator Systemu Handlu Uprawnieniami do Emisji oraz KOBiZE - Krajowy Osrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami. Przy tym wszystkim proponowana metoda jest dokładniejsza i po stokroć sprawiedliwsza w odróżnieniu od obecnie obowiązującej. Sprawą do rozstrzygnięć przez każde państwo jest polityka walki o redukcję emisji wewnątrz kraju. Dla "europejskiego" powietrza jest obojętne, czy CO2 w atmosferze pochodzi z gazowego domowego piecyka, czy z elektrowni węglowej.
Zaczynam czuć się, jak ten naiwny dzieciak z bajki Andersena...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)