Sousa pokazał, że nie tylko pięknie mówi, ale zna się też na swojej robocie

Paulo Sousa tonie w objęcia polskich kadrowiczów. Fot. PAP
Paulo Sousa tonie w objęcia polskich kadrowiczów. Fot. PAP
Reprezentacja Polski 48 lat czeka na pokonanie Anglii. I jeszcze poczeka... Tyle, że od środowego remisu 1:1 w Warszawie, to oczekiwanie może być całkiem przyjemne. Bo wreszcie Biało – Czerwoni nie byli zlepkiem piłkarzy, których o dwie klasy przewyższał ich kapitan Robert Lewandowski, ale DRUŻYNĄ.

W oczach naszych chłopaków widać było ogień. Wyglądali, jakby poszli na wojnę, podczas której nie bierze się rannych. Jeden za drugiego wskoczyłby w ogień. Nie odstawiali nogi, jak było trzeba to na kuksańce Anglików odpowiadali tym, samym. A przy tym nie cofnęli się do desperackiej obrony, nie grali na 0:0. Walczyli o całą pulę. I to mi się podobało. Tak grających Polaków chcę oglądać zawsze. 

Przełomowy mecz

Niemal każdy trener naszej reprezentacji miał mecz, w którym tworzyła się drużyna. Dla Adama Nawałki takim był pojedynek z Niemcami (2:0), dla Jerzego Engela z Ukrainą (3:1) w Kijowie na inaugurację eliminacji do MŚ w Korei i Japonii, a dla Leo Beenhakkera konfrontacja z Portugalią (2:1) na Stadionie Śląskim. Wierzę, że w pracy Paulo Sousy z naszą kadrą takim momentem przełomowym było spotkanie z Anglią. Portugalczyk wreszcie trafił ze składem.

W naszej ekipie nie było słabych punktów, piłkarze uwierzyli selekcjonerowi, że przeciwko mistrzom Europy nie trzeba kulić głów i czekać na najniższy wymiar kary, tylko można im się postawić. A wtedy to faworyci zaczynali mieć strach w oczach. 

Wygrany hitu z Anglią 

Dla mnie środowa bitwa miała kilku bohaterów. Największym był oczywiście Damian Szymański. Awaryjnie powołany, trochę już zapomniany w kraju defensywny pomocnik AEK Ateny, w ostatniej minucie, jak taran wyszedł w powietrze w polu karnym gości i celnym strzałem głową ukoronował kapitalne dośrodkowanie „Lewego”. Dla targanego kontuzjami bylego kapitana Wisły Płock to piękny moment. Wszedł do historii polskiej piłki, a los oddał mu to, czego przez zdrowotne kłopoty długi czas pozbawiał.

Jeszcze większe słowa uznania należą się Grześkowi Krychowiakowi. Zmieszany z błotem po nieudanym Euro, „Krycha” zacisnął zęby i w najlepszy możliwy sposób udowodnił, że wciąż jest niezbędny w drużynie narodowej. Harował w tyłach, przerywał akcje Anglików, próbował rozgrywać. Znów zagrał jak za swoich najlepszych lat. Objawieniem był dla mnie Paweł Dawidowicz, na środku obrony okazał się dla Wyspiarzy murem nie do przebycia. Pewny, szybki i niezwykle efektywny. Nie popełnił żadnego błędu.

O Lewandowskim nie ma co mówić, bo on od dłuższego czasu jest klasą dla siebie. Nieźle na lewym skrzydle poczynał sobie Tymek Puchacz. Dobra, te laurki należą się wszystkim naszym reprezentantom.

I jeszcze jedno. Zdejmuję kapelusz z głowy kłaniając się Paulo Sousie. Przez długi czas bardziej niż z trenerem, kojarzył mi się z kaznodzieją pięknie mówiącym o nadziei, wierze i Janie Pawle II. W środę pokazał, że zna swój fach. Brawo.  

Zobacz: 

Polska-Anglia. Reprezentacja Sousy nie spękała przed wicemistrzami Europy!

Polska - Anglia. Remis po dobrym meczu


Piotr Dobrowolski

Lubię to! Skomentuj44 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport