Trzej Królowie. Wspomnienie o sportowych bohaterach z młodości

Maradona, Rossi, Szurkowski.
Maradona, Rossi, Szurkowski.
W czasach mojego dzieciństwa nie było play-station, komórek, komputerów i licho wie czego jeszcze. Nie było wyznań miłości za pośrednictwem sms-ów i życia instagramowym życiem celebrytów znanych wyłącznie z tego, że są celebrytami. My graliśmy w piłkę, zośkę i podglądaliśmy dziewczyny na wf-ie. Zimą rżnęliśmy w hokeja bez łyżew, a w maju żyliśmy Wyścigiem Pokoju. Na osiedlowym chodniku kredą rysowaliśmy trasę i ścigaliśmy się kapslami. To była połowa lat 80-tych.

Prawie każdy z nas miał w swojej drużynie Lecha Piaseckiego, Andrzeja Mierzejewskiego, Uwe Raaba, czy Dżamulidina Abdużaparowa. Tylko Mariusz, mój kumpel ze szkolnej ławy, był jakiś dziwny. U niego w kapslowej ekipie liderem był „kolarz” o nazwisku Szurkowski. - Mariusz, co ty, przecież on nawet nie jedzie w wyścigu – śmieliśmy się z „Mańka”. - Bo on już nie jeździ, ale 20 lat temu był najlepszy na świecie. Tata mi opowiadał – tłumaczył nam ze śmiertelnie poważną miną Mariusz.

Po latach, w trakcie zawodowego spotkania z Panem Ryszardem przypomniałem sobie tamto zdarzenie i opowiedziałem i nim Panu Ryszardowi. Mistrz tylko się uśmiechnął. Wielka klasa, kultura osobista i skromność. Ta uderzała najbardziej. Człowiek, który wyprzedził swoją epokę i miał u stóp cały kolarski świat, rozmawiał z młokosem, adeptem dziennikarskiego fachu, jak dobry znajomy.

Kiedy wyszło na jaw, że Ryszard Szurkowski w wyniku wypadku do jakiego doszło w czerwcu 2018 roku w trakcie wyścigu amatorów w Kolonii, jest sparaliżowany, najpierw nie chciałem wierzyć. A potem nabrałem dziwnego przekonania, że człowiek, który tyle razy wygrywał na kolarskich trasach, pokona również zły los i stanie na nogi. Walczył. Godzinami ćwiczył pod okiem fizjoterapeutów. W tym ciężkim okresie często miałem kontakt z małżonką Mistrza panią Iwoną, która przekazywała mi wieści na temat jego stanu zdrowia i postępów w rehabilitacji. Nie mówiła o tym publicznie, ale opiekując się Panem Ryszardem, jego żona sama zmagała się z chorobą nowotworową. Rak dopadł i Króla kolarskich szos. Nowotwór okazał się silniejszy od setek rywali z peletonu i 1 lutego 2021 roku pokonał Ryszarda Szurkowskiego. Jednak wybitny sportowiec i prawy człowiek nie odszedł. W pamięci kibiców pozostanie żywy na zawsze.

Anglia na kolanach

W 1990 roku byłem na pielgrzymce u Ojca Świętego Jana Pawła II. Metą objazdowej wyprawy po Italii była Bazylika Świętego Piotra. Zanim dotarliśmy do Watykanu, odwiedziliśmy różne zakątki Włoch. Zawitaliśmy również do Neapolu. Zakochałem się w tym mieście. Nie z powodu jego walorów turystycznych, lecz dlatego, że mój idol lat dziecięcych Diego Armando Maradona był tam darzony wyjątkowym kultem. Argentyńczyk był bożkiem, do którego co tydzień modliły się tysiące neapolitańczyków. A on odwdzięczał się magiczną grą w piłkę. W pojedynkę z prowincjonalnego SSC Napoli uczynił mistrza Włoch, zdobywcę pucharu tego kraju i triumfatora Pucharu Zdobywców Pucharów.

Jeden mecz Diego zapamiętam na zawsze. Mistrzostwa świata w 1986 roku. Ćwierćfinał Argentyna – Anglia. Mecz z podtekstami. W obu krajach jeszcze nie zabliźniły się rany po wojnie o Falklandy. Maradona, jakby w imieniu całego narodu, zemścił się na Anglikach. Strzelił im dwa gole, które przeszły do historii futbolu. Pierwszego ręką, którą potem określił jako „Rękę Boga”, drugiego po zjawiskowo nieprawdopodobnej akcji, w której po przejęciu piłki na środku boiska , minął sześciu rywali i położył na murawie bramkarza Petera Shiltona. Obejrzałem dziesiątki, setki meczów, ale nigdy potem nie doczekałem się u żadnego z piłkarzy takiego kunsztu, jakim popisał się Maradona. Był geniuszem. Pełnym słabości i uzależnień. Ale te sprawiły, że stał się jeszcze bliższy ludziom, którzy machali ręką na jego mniejsze i większe grzeszki.

Dla mnie nie ma dyskusji. Kto jest najlepszym piłkarzem w historii. Odpowiedź na pytanie – Pele, Maradona czy Messi, jest prosta. Jednym tchem odpowiadam – Diego!

Maradona w wyniku powikła kardiologicznych zmarł w swojej posiadłości w rodzinnym Tigre 25 listopada 2020 roku. Miał zaledwie 60 lat.

Kat Polaków

Od zakończenia mistrzostw świata w Hiszpanii minął tydzień, góra dwa. W którejś z gazet ujrzałem zdjęcie: uśmiechnięty, szczuplutki, ciemnowłosy chłopak pokazuje palcem na swoją nogę i podpis pod fotografią „Ta noga warta jest miliony zdaje się mówić Paolo Rossi”. I druga fota, tym razem ze wspomnieniowej książki Zbigniewa Bońka i Andrzeja Persona „Prosto z Juventusu”. „Zibi” i Rossi przed ligowym meczem Juve, w eleganckich, jasnych garniturach szeroko uśmiechnięci spacerują po boisku, sprawdzając stan murawy.

Paolo Rossi. Król mundialu w Hiszpanii. Dodajmy mundialu, na który miał w ogóle nie jechać, Trener Italii Enzo Bearzot zabrał go na mistrzostwa świata tylko dlatego, że władze włoskiej federacji skróciły Paolo dyskwalifikację za udział w aferze „Toto nero”, w której kilkunastu zawodnikom różnych drużyn z Serie A udowodniono ustawianie meczów i czerpanie dochodów z zakładów piłkarskiego totka.

Paolo w Hiszpanii zagrał niewiarygodnie. Najpierw w drugiej rundzie strzelił trzy gole Brazylii z Socratesem, Zico i Ederem w składzie, w półfinale w dwukrotnie pokonał naszego Józefa Młynarczyka i na dodatek dołożył jedno trafienie w zwycięskim finale z RFN. Włochy zostały mistrzem świata, a Rossi królem strzelców. To był szczyt kariery tego wybitnego napastnika. Po zejściu z boiska zajmował się komentowaniem meczów w telewizji. Zmarł w Sienie 9 grudnia 2020 roku na raka płuc. Miał 64 lata.

Trzej wielcy sportowcy. Trzej Królowie, którzy trwale zapisali się w pamięci ludzi. Moi trzej bohaterowie. Nigdy o Was nie zapomnę.


Piotr Dobrowolski

Czytaj też:

Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport