Stało się. Rząd podjął decyzję o wycofaniu oddziałów WP z Iraku, prezydent zaś zgodził się z tą decyzją. 21 października ostatnia zmiana naszego kontyngentu wróci do kraju.Od początku nasze zaangażowanie militarne w tym kraju budziło spore kontrowersje zarówno wśród polskiego społeczeństwa, jak i za granicą.
Polska poparła amerykański atak na Irak w marcu 2003 i wysłała już w trakcie działań wojennych niewielki kontyngent żołnierzy (m.in. jednostka specjalna GROM oraz 4 Pułk Chemiczny z Brodnicy). Polacy po raz pierwszy od 1945 roku wzięli udział w regularnej wojnie. Jak wiadomo, atak nie zyskał poparcia społeczności międzynarodowej. W lecie przyznano Polsce dowodzenie Międzynarodową Dywizją Stabilizacyjną w Strefie „Centrum-Południe”. W szczytowym okresie stacjonowało na terenie Iraku ok. 2500 polskich żołnierzy. Obecnie służy ich tam ok. 900. Zajmują się głównie szkoleniem irackiej armii. Nasi oficerowie dowodzili tam także kontyngentami innych państw. Liczba sojuszniczych kontyngentów zmniejsza się – wycofali się z Iraku Hiszpanie oraz Ukraińcy. W latach 2003-2007 poległo w Iraku ponad 20 polskich żołnierzy.
Udział Polski w wojnie w Iraku był od początku krytykowany. Albo za to, że wojna ma opinię nielegalnej, albo za to, że nic na niej nie zyskaliśmy. I faktycznie – pieniądze na modernizacje wojska za wysokie nie są, offsetu nie ma. W dużej części winę za takowy stan rzeczy ponoszą kolejne ekipy rządzące np. rząd Leszka Millera wysłał wojsko na wojnę za nic. Nie postawił żadnych warunków Amerykanom za nasze zbrojne i polityczne poparcie. Na co liczył Pan Premier? Na to, że sojusznicy zza oceanu sami z siebie okażą się wielkoduszni? Słusznie często powtarzano, że należy z Amerykanami rozmawiać twardo. Niewątpliwie wycofanie naszej armii jest po części jedną z form postawienia na swoim. No właśnie... Czy można nazwać wycofanie naszego kontyngentu z Iraku postawieniem na swoim? Czy to na pewno dobry pomysł?
Uważam, że sama interwencja wojsk koalicji w Iraku była niezbyt roztropną decyzją, która w konsekwencji niczego dobrego nie przyniosła. Zresztą nie raz o tym pisałem. Polska od razu tę wojnę poparła. Od czasów PRL-u mieliśmy dobre stosunki z krajami arabskimi, nasze firmy budowały tam drogi, szpitale itd. Sprzedawaliśmy tam także mniej chlubne rzeczy, np. Broń. Nasze poparcie inwazji irackiej pogorszyło również nasze stosunki z częścią krajów UE. Osobiście mam dość krytyczne zdanie odnośnie do cywilizacji islamskiej i ludziach tam żyjących, ale jak to mawiał cesarz Rzymu Wespazjan „pieniądz nie śmierdzi”. Dobre interesy z każdym można robić.
Poszliśmy do Iraku. Wielkich pieniędzy tam nie zarobiliśmy. Parę firm załapało się na kontrakty – w tym Bumar, który armię iracką uzbraja. Napotkałem kiedyś informację, że Amerykanie usiłowali ten interes naszemu koncernowi popsuć. Dziś z tego kraju wychodzimy. Niby to dobra decyzja, ale ja postawiłbym takie pytanie – popsuliśmy sobie stosunki na Bliskim Wschodzie, straciliśmy ponad 20 żołnierzy, siedząc tam kilka lat i teraz wracamy praktycznie z niczym? Warto dodać, że ci żołnierze do rodzin nie wrócą. Pojadą do Afganistanu, Konga, a pewnie i do innych krajów zasługujących na miano piekła na ziemi... Owszem, Irak to także piekło na ziemi, ale to piekło z ropą naftową. Zastanawiam się, czy tej sprawy nie można rozwiązać w następujący sposób. Rząd Iracki jest słaby i potrzebuje pomocy obcych wojsk. Czy zatem nasz rząd nie może się zwrócić bezpośrednio do Irakijczyków z taką oto propozycją: „Zostaniemy u was dłużej, zwiększymy nawet kontyngent, będziemy zwalczać waszych wrogów oraz szkolić waszych żołnierzy. Ale chcemy w zamian kupować od was ropę po tańszych cenach albo wydzierżawić jedno z pól”. Zwolennikiem takiego rozwiązania jest m.in. mój wykładowca z geopolityki Pan Dr. Robert Potocki. Ropa naftowa jest naszą „piętą achillesową”. Jesteśmy w tym względzie uzależnieni od Rosji. Ropa z Iraku w zamian za pozostawienie tam żołnierzy. Jaki charakter miałaby taka przedłużona misja? Bojowy, a może szkoleniowy? Czy stać nas na to? Nie jest to, oczywiście, łatwe, ale zadaniem rządu jest podejmowanie i realizowanie trudnych celów.
Nie jestem pracownikiem administracji rządowej, więc nie wiem jak wyglądały rozmowy naszego rządu z Amerykanami, bądź Irakijczykami. Czy wychodzimy z tego kraju, ponieważ druga strona nie zgodziła się na nasze postulaty? Czy nasza armia nie jest w stanie podjąć się powyższego zadania? A może dla naszego rządu ważniejsze jest poparcie społeczne, niż racja stanu?


Komentarze
Pokaż komentarze (3)