166 obserwujących
4970 notek
5013k odsłon
  121   0

Gazrurkarstwo

 Nie wszyscy wiedzą, że od kilku lat istnieje giełda emisji CO2. Obecnie obraca ona certyfikatami, zezwalającymi w czasie od 2008 do 2012 roku na wprowadzanie do atmosfery tego gazu. Certyfikaty otrzymują od państwa głównie zakłady energetyczne o mocy powyżej 20 MW. Jest w Polsce takich około 850, w Niemczech 2400 a  w Unii 12000. Beneficjant takiej państwowej szczodrobliwości musi na końcu okresu rozliczeniowego - teraz do kwietnia 2013 roku - zwrócić państwu otrzymane certyfikaty. Każdy certyfikat - teraz się one w UE nazywają EUR 2 - daje prawo do emisji jednej tony CO2. Zwracając, musi jednocześnie udowodnić, że wyemitował najwyżej tyle dwutlenku na ile miał certyfikatów. Jak mu braknie, musi na giełdzie dokupić. Jak ma za dużo, może je tam sprzedać. W każdym, kolejnym okresie państwo przydzieli mniej certyfikatów. 

W Polsce emitujemy rocznie około 91 mln ton tego gazu. Ponieważ jedno drzewo pochłania w ciągu roku tylko 5 kg CO2, to by ich dla zrównoważenia naszych emisji było chyba potrzeba znacznie więcej, niż nasz kraj ich pomieści. Dlatego jest właśnie owa “certyfikacja”. Jeżeli ktoś nie chce drożej energii wytwarzać, musi modernizować swoje kotły.
 
Najprościej jest dodawać biomasę. Ziarno na przykład kosztuje znacznie mniej od węgla a dodane w ilości 10% do miału spala się bez konieczności przerabiania w palenisku czegokolwiek. Tanio, skutecznie a emisję obniża o 10%, czyli można co dziesiąty, otrzymany certyfikat opchnąć. Ale, tylko raz. Bo w następnym okresie trzeba będzie zainwestować w jakąś dalszą poprawę technologii, nadal jednak paląc to ziarno. Bo certyfikatów się otrzyma już mniej. I w ten sprytny sposób się osiągnie obniżenie emisji CO2, uratuje nas przed efektem cieplarnianym i będziemy szczęśliwi.
 
Giełda certyfikatów trwa i ma swoje klasyczne giełdowe cechy. 
 
Z wykresu widać, że znakomicie odzwierciedla stan gospodarki światowej. Wieszczy też koniec kryzysu. Można również nabywać certyfikaty pochodzące z krajów rozwijających się. Noszą one nazwę CER. Można ich mieć 10%. Mają wspaniałą zaletę - są tańsze.
 
Gdyby się nasza opozycja chciała zajmować czymś bardziej istotnym jak maturalne dyplomy jej co bardziej prominentnych adwersarzy, to by zadbała o to aby nasz rynek energii nie doznawał biurokratycznych przeszkód. Przede wszystkim ze strony URE, które swym podopiecznym narzuca ceny dostosowane do kosztów produkcji. Może zatem ich wszelki zapał modernizacyjny i naszą powszechną szczęśliwość obrócić w niwecz,  w zamian za zwyczajne wpuszczenie nakładów na certyfikaty w koszta.
 
Wtedy - zgodnie z zasadami rynku - energia będzie droższa, energetyka zacofana, powietrze duszne a urzędasy “zarobione” po uszy. I opozycja wykrzykująca, że władza ma krzywe nóżki.
 
Czyli, normalka.
Lubię to! Skomentuj39 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale