2 obserwujących
3 notki
1559 odsłon
  1076   2

WSPOMNIENIE O EWIE CHCIUK-CELT




4 września 2021 roku w wieku 97 lat zmarła w Planegg pod Monachium Ewa Chciuk-Celt, z domu Lovell. Odeszła od nas jedna z ostatnich osób pamiętających przedwojenny Drohobycz z jego niezwykłą kulturą i mieszanką narodowościowo – religijną.
Zamiast biogramu - kilka kart, wspomnień z jej życia.

image

ANTENACI

Marek Lovell, bratek pani Ewy:
„Jesteśmy przykładem mieszania się różnych nacji - antenatem naszej rodziny był Tom Lovell, który w połowie XIX wieku przybył z Anglii do wschodniej Galicji na kontrakt, jako trener koni wyścigowych. U Jana hr. Tarnowskiego w Chorzelowie układał ogiera imieniem Przedświt. To był jeden z jego największych sukcesów - zwycięstwo w klasycznych Derbach Wiedeńskich w 1876 – zdobył właśnie Przedświt, pod dżokejem Butters. Pamiątką z tego wydarzenia jest grafika wielkiego miłośnika koni - Juliusza Kossaka – jeden z nielicznych wizerunków naszego protoplasty.
I jak to zwykle bywa, Tom zakochał się w pięknej pannie - Henriecie Rieder, którą pojął za żonę w 1855 r. i pozostał w swojej nowej ojczyźnie. Owocem ich miłości był syn Tomasz , który około 1885 roku poślubia Kazimierę z domu Stefanowską. Mają piątkę dzieci, ostatnim urodzonym 6 grudnia 1895 roku jest Stanisław, czyli ojciec Ewy. W czasie I wojny światowej w mundurze austro-węgierskim uczestniczy w kampanii włoskiej i bierze udział w bitwie nad rzeką Piawą. Po wojnie, w odrodzonej ojczyźnie - kończy Politechnikę Lwowską z dyplomem inżyniera leśnika. W 1923 roku żeni się ze Stanisławą Dolińską z Drohobycza i zamieszkuje w domu swojej wybranki. 29 lutego 1924 roku przychodzi na świat córka Ewa, a 1 stycznia 1925 syn Jerzy.

image

MŁODOŚĆ

Ewa Chciuk-Celt:
„ Nasz dom na ulicy Św. Jana nr 11 stał przy ulicy za pierwszym łagodnym zakrętem. Obok nas pod trzynastym mieszkał Piotrowski, rzemieślnik, dalej pod piętnastym Saprunowie. Saprun był księdzem grekokatolickim, i katechetą w gimnazjum oraz proboszczem w cerkwi Św. Trójcy. Z drugiej strony, pod dziewiątką w dużej, bogatej kamienicy mieszkali Steinbockowie, Żydzi zajmujący się finansami.



image

Dom rodzinny Ewy Chiuk-Celt, Drohobycz, ul. Św. Jana 11


Dorcia Sterbach i Alinka Bienstock to były moje dwie najbliższe koleżanki od serca, nigdy o nich nie myślałam, że to Żydówki. Na naszej ulicy nikt nie mówił: a ten to Żyd, a ten Ukrainiec lub Polak, nie różnicowało się w ten sposób, nie było takich podziałów.
Nasz dom był piętrowy, na piętrze było mieszkanie – kuchnia, salon oraz sypialnie, na parterze była piekarnia i sklep, który prowadziła babcia Dolińska. Codziennie rano, gdy otwierałam okno czułam zapach świeżego chleba i czarnuszki, to był zapach mojego dzieciństwa, tego nie można zapomnieć... Chleb i bułki sprzedawane były u nas na miejscu, a także rozwożone specjalnym konnym wozem z budą do sklepów w mieście oraz Rychcic, polskiej wsi oddalonej około siedmiu kilometrów. Była tam polska szkoła, gdzie pracowała ciocia Helenka, siostra mamy, która w każdą sobotę zabierała się z woźnicą i przyjeżdżała do nas. Koń, który rozwoził pieczywo nazywał się Maciek, w niedzielę zaprzęgany był do powozu i wtedy jechaliśmy do kościoła lub na wycieczkę za miasto, np. do Śniatynki. Za domem mieliśmy duży ogród, ojciec sadził ziemniaki, mieliśmy własne truskawki i jabłonie. Oprócz konia, w stajni były dwie świnki, hodowane na święta i drób. Ojciec był zdolnym majstrem, sam zbudował dwa ule i mieliśmy własny miód. W budynku, gdzie mieszkali nasi dwaj piekarze, zrobił ciemnię fotograficzną i robił nam piękne, duże portrety.
Po nim odziedziczałam smykałkę do języków, ojciec był zakochany w łacinie, mówił też po grecku. Ja w szkole uczyłam się także łaciny i niemieckiego, a mama posyłała mnie prywatnie na lekcję j. francuskiego. Potem jeszcze doszły węgierski i angielski. Z greckiego niewiele pamiętam, no, może jeszcze początek Iliady…


image


Tata z wykształcenia był leśnikiem, wcześniej pracował w jakiś dobrach, być może Zamojskich, kiedy poszłam do szkoły mama kategorycznie zażądała, że musi być razem z rodziną i podjął pracę jako inspektor ds. lasów w radzie powiatu Drohobycz. Była to odpowiedzialne stanowisko, do dyspozycji miał samochód z kierowcą.
(….)

image

Gminazjalistki - 1938 - z prawej strony Ewa
„W niedzielę 11 września (1938) była uroczystość w kościele Św. Bartłomieja, ja byłam w trzeciej klasie, werbowali nas, uczennice z Żeńskiego Gimnazjum im. H. Sienkiewicza do harcerstwa. Z przodu po lewej stronie stałyśmy my harcerki, ja w pierwszym rzędzie jako świeżo upieczona, a naprzeciw po drugiej stronie prezbiterium jako chorąży ze sztandarem stał Tadeusz. Boże, z jakim nabożeństwem patrzyłam na tego dzielnego druha!
Wieczorem tego samego dnia za miastem było ognisko harcerskie, które prowadził Tadeusz. Byłam razem z koleżanką z mojej klasy – Janką Koziełłówną. Pod wieczór rozpadał się deszcz, skryłyśmy się obie pod jakimś daszkiem, zrobiło się ciemno i chłodno, bo to już jesień, a ja tylko w cienkim mundurku. Stałyśmy tak, zmartwione, do domu daleko, gdy koło nas przystanęli dwaj starsi druhowie.
    Widzę, że druhenki mają kłopot z powrotem do domu, to my się z wami zaopiekujemy – powiedział Tadeusz
Tadeusz przygarnął mnie pod swoją obszerną pelerynę i tak szliśmy do domu. Tak naprawdę chyba nie wiedział z kim idzie, bo w końcu pod którąś latarnią uchylił pelerynę i mówi:
    No, muszę wreszcie zobaczyć, kogo ja tam właściwie prowadzę...
Uchylił peleryny spojrzał mi w oczy i... zaniemówił...
Potem opowiadała mi jego starsza siostra Stasia:
    Wieczorem przyszedł do nas Dzidek, nie chciał nic jeść, zaszył się w ciemnym kącie i słuchał muzyki.
-    Co ty jesteś dziś taki melancholijny, dobrze się czujesz, stało się coś? - zapytałam
    Stasiu, ja mam takie wrażenie, że właśnie dziś poznałem moją przyszłą żonę...
(…)
Od dnia kiedy się poznaliśmy, Tadeusz jeszcze studiował prawo i pisał pracę magisterską na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, prowadziliśmy korespondencję. Żeby nikt tego nie przeczytał pisaliśmy nasze miłosne listy po… łacinie. I mój profesor nie mógł się nadziwić, że czasem potrzebuję słówek, które nie występują w słowniku, takich zwyczajnych, jak „bułka z masłem”.
Po mszy i uroczystościach z okazji 3 maja (1939) oraz uroczystej defiladzie harcerskiej przed honorową trybuną na ul. A. Mickiewicza, poszliśmy na spacer za miasto na tak zwane dzikie pola i tam właśnie się zaręczyliśmy, a ja zaledwie 15 lat skończyłam. Byliśmy młodzi, szczęśliwi, tego dnia była piękna pogoda, świeciło nam słońce i chyba nikt z nas nie spodziewał się, że to jeden z ostatnich tak radosnych dni w naszym życiu przed nadciągającą burzą.

image
Z Tadeuszem - Drohobycz, 1939
OKUPACJA

Piekarnia babci Dolińskiej funkcjonowała jeszcze na początku wojny, nie zamknięto jej, ponieważ każdy okupant potrzebował chleb. Mój tatuś tuż przed wybuchem wojny został powołany pod broń i już we wrześniu z wojskiem przedostał się na Węgry. W domu została babcia z mamą i dwójką dzieci, więc Sowieci dokwaterowali nam rodzinę rosyjską. Wtedy już zmieniono adres i mieszkaliśmy na ulicy Czkałowa. Pewnego wieczoru, a było to w kwietniu 1940 roku mama podsłuchała rozmowę bolszewików z sąsiedniego pokoju:
-    No, wytrzymamy tu jeszcze jeden dzień, może dwa, a potem ich zabiorą i będziemy już sami.
Oznaczało to, że pozbędą się nas, pewnie groziło to naszą wywózką, tak jak to zrobiono z siostrą Tadeusza - Stasią i jej dziewczynkami. Kilka dni wcześniej przyszedł do nas z poręczenia Tadeusza  z umówionym hasłem wspaniały harcerz , mały Władzio (Ossowski), który przygotowywał grupę do przeprowadzenia na Węgry. Za jego namową i prośbą pisemną Tadeusza dołączyliśmy do tej grupy. Oczywiście zdecydowaliśmy się od razu, to już był ostatni moment na ucieczkę. Razem z grupą poszliśmy ja , moja mama oraz młodszy brat Jerzy. Niestety po drodze zdarzyło się nieszczęście, Mama zasłabła, powodem były problemy z sercem i nie miała siły iść dalej ciężkim marszem przez góry. Musieliśmy zostawić ją w pierwszej napotkanej chacie, na szczęście bez przeszkód wróciła bezpiecznie do naszej rodziny we Lwowie, nie ryzykowała powrotu do Drohobycza. To nie koniec naszych kłopotów, w dalszej drodze Jerzyk zgubił teczkę z kosztownościami, którą dała nam Mama.



WĘGRY

Po przejściu na Węgry zatrzymano nas w areszcie, wtedy to był już taki czas, że Niemcy chcieli, żeby nie przepuszczać Polaków, a odsyłać z powrotem na granicę. W areszcie było nas 11 osób w tym nas dwoje dzieci. Zarządzał i pilnował pan w średnim wieku, bez munduru, a do pomocy miał żonę. My z bratem byliśmy w osobnym pokoju, mieliśmy adres taty, który przebywał w obozie dla oficerów w Nagykanizsa. Żona tego naczelnika nie zgodziła się, żeby nas, dzieci deportować z powrotem, tylko należy wysłać pod opiekę do ojca, który jest już na Węgrzech. I tak dzięki jej wstawiennictwu dotarliśmy koleją pod eskortą żandarma do miejscowości na południu Węgrzech, gdzie przebywał nasz tata. Potem przenieśli nas do innego obozu, 40 km na południe od Budapesztu który był dla oficerów z rodzinami, tj. do Kiskunlacháza. Ja tam razem z bratem trafiliśmy do szkoły i rozpoczęliśmy naukę, a tatuś uczył tam biologii. Tam przebywaliśmy przez okres letni razem z ojcem, a potem przenosili nas do innego obozu w Balatanbolglar, gdzie dalej kontynuowaliśmy naukę.
W tym czasie Tadeusz był w wojsku we Francji, potem przedostał się wraz z wojskiem do Szkocji, ale my straciliśmy ze sobą kontakt. A ja, było to na święta Bożego Narodzenia 1940, dostałam informację przez Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, że ze smutkiem zawiadamiają, iż żołnierz o takim nazwisku poległ pod bitwą pod Falaise. Przez trzy dni nic nie jadłam, leżałam jak koda, ale potem wstałam i powiedziałam sobie – to nie prawda, on żyje. Wreszcie przez rodziny, które miały synów lub mężów w Szkocji próbowaliśmy znaleźć jakieś informacje o Tadeuszu. W kwietniu Tadeusz otrzymał ode mnie list, wspominał później: – stał się cud, otrzymałem wiadomość od Ewy, nie wiem co robić – nauczyć się go na pamięć, czy iść do lasu i krzyczeć z radości!
(…)

Lubię to! Skomentuj9 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura