Niestety: nie udało się Ruchowi Autonomii Śląska wywalczyć dla Stadionu Śląskiego krzesełek w barwach regionalnych, czyli żółto-niebieskich. Zabawny ten serwilizm autorów uchwały: deputowanych do Sejmiku Wojewódzkiego, ale – zarazem znamienny. Takie są przykre konsekwencje centralizmu i chorego, bo oligarchicznego w swej istocie systemu finansowania partii politycznych. W dzisiejszych realiach ustrojowych lokalne panoramy polityczne regionów nie są bowiem niczym innym, jak tylko miejscami, w których spotykają się ze sobą miejscowe delegatury ugrupowań ogólnopolskich – ergo: niemal z definicji niechętnych ideałom decentralizacji – walczące o przychylność partii dla siebie i ludu dla partii.
A mogło być całkiem miło. W Warszawie wznosi się dumną konstrukcję Stadionu Narodowego, żadne ze spotkań Euro 2010 nie odbędzie się na Śląsku; jako arena spotkań reprezentacji narodowej, został więc Stadion Śląski na rzecz nowych aren zdyskwalifikowany definitywnie. W takiej sytuacji trudno nie uśmiechnąć się, słysząc powtarzane tu i ówdzie argumenty przeciwników inicjatywy RAŚ i chorzowskich radnych, że słynny „Kocioł Czarownic” to przecież obiekt szczególnych uczuć kibiców z całego kraju, związany nierozerwalnie z najdonioślejszymi momentami w historii nadwiślańskiego futbolu. Nie da się ukryć, drodzy Polacy – że samiście tą historią wzgardzili, przedkładając ponad nią modernizacyjne nowości.
Oczywiście, nikt przy zdrowych zmysłach nie ma o to do was pretensji; business is business– i dobrze. Dlaczego jednak, gdy pojawia się możliwość nadania Śląskiemu nowych, ważnych dla lokalnej społeczności treści symbolicznych, miast zgodzić się na to, opowiadacie po faryzejsku sentymentalne bajki?
Na poziomie społecznym winne są demony nacjonalizmu i ignorancji, jak zawsze idące ze sobą w parze. Wieloletnie straszenie Niemcem, który wróci, by wyrwać Polsce Ziemie Odzyskane, przebiegłym volksdeutschem ze Śląska i landyzacją państwa przyniosło oczekiwany rezultat. Te najciemniejsze, całymi dekadami pielęgnowane instynkty społeczeństwa dyskontuje politycznie władza; albo przynajmniej stara się ich na własną szkodę nie zadrażniać.
Na poziomie politycznym - problem byłby mniejszy, gdyby decydenci szczebla lokalnego nie musieli u samorządowych podstaw pracować na ogólnokrajowy sukces partii-matki – i tym samym schlebiać narodowościowym fobiom gawiedzi spoza regionu. Jeśliby w regionach wykazujących tendencje do częściowej samodzielności istniały choćby zalążki własnych scen politycznych, szanse na przeciwstawienie się naciskowi płynącemu z centrali byłyby większe.
Lokalne czynniki tracą podmiotowość głównie na skutek kompletnie niefunkcjonalnego systemu finansowania partii politycznych. Związek Górnoślązaków, organizacja opowiadająca się za niepodległością (nie mylić z postulatem współczesnym - autonomią!) Górnego Śląska w okresie plebiscytowym, mógł w szczytowym okresie liczyć około 500 000 członków, ponieważ znaleźli się ludzie tacy, jak choćby książę pszczyński Jan Henryk XV – ideowcy bądź żywotnie zainteresowani proklamacją Republiki Górnośląskiej przemysłowcy, gotowi z własnej kieszeni wspierać idee wolnokrajowe. Dziś na żadnego swojego Jana Henryka Ruch Autonomii Śląska liczyć nie może: nie tylko dlatego, że Śląsk zubożał, ale przede wszystkim z powodu feralnej ustawy z 1990 r., de facto zakazującej finansowania partii z pieniędzy prywatnych, wprowadzając na ich miejsce potężne państwowe dotacje oraz subwencje dla partyjnego mainstreamu. Czyli – polityczny establishment ustalił, że w swojej piaskownicy bawi się sam.
Wielka szkoda, że ja za to na nowym, oddanym do użytku po renowacji Stadionie Śląskim bawić się nie będę. Przyrzekam bowiem solennie: na biało-czerwonym Śląskim (w dodatku z – o zgrozo! - niebieską bieżnią*) moja noga nie postanie. Wszystkich innych Ślązaków namawiam do tego samego.
*Kto nie wie, w czym problem – niech zastanowi się przez chwilę, z jakim klubem i czyją okupacją taka konfiguracja barw może się kojarzyć.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)