Od wielu lat słusznie zwraca się w Polsce uwagę na niebezpieczne związki pomiędzy walnym udziałem ludzi Kościoła w opozycji demokratycznej czasów PRL a niepokojącym rozrostem jego wpływów politycznych w III RP. Dostrzec to można nawet dziś, gdy przez kraj przetacza się fala nastrojów antyklerykalnych. Ulubionym wszak zabiegiem retorycznym, rzucanym na lewo i prawo przez sfanatyzowanych integrystów spod znaku obrony krzyża, jest nieodmiennie przyrównywanie ich krucjaty do walki o wolność wyznania toczonej niegdyś przeciwko opresywnemu reżymowi realnego socjalizmu. Jest kwestią wartą szerszej, wyzbytej wyuczonej przez lata czołobitności wobec kleru dyskusji, na ile wolność ta w istocie była wówczas zagrożona. Nie ulega jednak wątpliwości, że tamto starcie Kościoła z komunistyczną władzą na długo utrwaliło w społecznej świadomości pewnego rodzaju jedność postulatów demokratycznych i klerykalnych.
Analogiczny proces o równie złowróżbnych skutkach zachodzi - jak się wydaje - w ostatnich miesiącach i latach, a jego treścią jest uzyskanie faktycznego monopolu na tę część haseł liberalnych, która dotyczy sfery szeroko pojętej moralności i obyczajowości, przez środowiska lewicowe. Kto bowiem upomina się dziś w debacie publicznej o prawa LGBT czy sekularyzację systemu edukacji? Klasyczni liberałowie – leseferyści? Tych to u nas jak na lekarstwo, ci zaś spośród nich, których głos jest jako tako dla gminu słyszalny – łączą swój gospodarczy liberalizm z częstokroć nader prymitywnym konserwatyzmem obyczajowym.
Tymczasem intelektualiści lewicowi dość szybko otrząsnęli się w latach 90-tych z klerykalnego amoku i – adaptując ważne postulaty wolnościowe, z emancypacją mniejszości seksualnych na czele – niepostrzeżenie dołączyli do nich cały szereg pomysłów z wolnością sprzecznych ( refundacja in vitro i antykoncepcji, parytet płci etc.) bądź irrelewantnych w jej perspektywie, choć wciąż szkodliwych (aborcja na życzenie). Wskutek tego – a także nieobecności klasycznych idei liberalnych w społecznej debacie i świadomości – liberałem może dziś mienić się w Polsce orędownik zniesienia zasad izonomii (parytety) czy nienaruszalności sfery prywatnej (tzw. przeciwdziałanie przemocy w rodzinie) oraz redystrybucyjnej funkcji państwa doprowadzonej do najjaskrawszego absurdu (refundacja antykoncepcji).
Drugą - obok marginalizacji poglądów klasycznie liberalnych – przyczyną takiego stanu rzeczy jest, paradoksalnie, pryncypialne stanowisko Kościoła w stosunku do wszystkich wymienionych problemów. Oczywiście: trudno mieć Kościołowi za złe bycie Kościołem – misyjną postawę i obronę własnego nauczania. Trudno natomiast zaprzeczyć, że faktyczne zawłaszczenie przezeń dyskursu anty-lewicowego doprowadza - wobec rosnącej nośności haseł antyklerykalnych - do delegitymizacji wszystkich adwersarzy lewicy kulturowej. Nie można już obstawać przy ochronie życia od momentu poczęcia czy zasadzie równości wobec prawa, nie zostając za to oplutym jako wstecznik i reprezentant ciasnego, religijnego zaścianka.
Tu właśnie pojawia się analogia z rolą Kościoła przed 1989 rokiem i po nim. Tam mieliśmy do czynienia z sekwencją: wpierw walka o ustrój demokratyczny, potem lekceważenie jego zasad uzasadniane ową walką – a wszystko to przy aprobacie społeczeństwa i elity politycznej nawykłych do bezrefleksyjnego powtarzania błędnego równania Kościół = demokracja. Dzisiaj za to – kolejna wojna lewicy z Kościołem, generująca równane jeszcze bardziej niedorzeczne: antyklerykalizm = socjalizm = liberalizm. I tak, jak niegdyś zdobycze demokracji okupione zostały rozlicznymi ustępstwami wobec kleru (co przecież stoi w sprzeczności z pluralizmem i dobrze rozumianym egalitaryzmem), tak już niebawem zniknięciu krzyży ze szkół czy równouprawnieniu mniejszości seksualnych towarzyszyć będzie ustanowienie seksualnego socjalu połączonego z uprawianą na państwowym garnuszku eugeniką i kolejnym wcieleniem punktów za pochodzenie.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)