Dr. Stolzmann Dr. Stolzmann
377
BLOG

Idzie nowe - wraca stare

Dr. Stolzmann Dr. Stolzmann Polityka Obserwuj notkę 4

Jak powszechnie wiadomo, dnia 31. 01. A.D. 2011 Prezydent Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Jego Ekscelencja Bronisław Komorowski podpisał był ustawę o 35% parytecie płci na listach wyborczych do Sejmu i Senatu. Stronnictwa lewicowo-postępowe dopięły więc swego; kojarzony przedtem z antyżydowską psychozą przedwojennej endecji postulat numerus clausus powrócił po kryjomu w nowej postaci – tym razem, zdaje się, na dobre.

Nieuświadomionym przypomnę pokrótce, o co chodzi. Otóż lat temu dziewięćdziesiąt co poniektórzy uczeni mężowie z kraju nad Wisłą poczęli nabierać przeświadczenia, że Najjaśniejsza Rzeczpospolita – ledwo co odrestaurowana – wymaga natychmiastowej poprawy: poprawy przez „odżydzenie”.

Jednym z owych uczonych mężów był niejaki Roman Dmowski – typ raczej antypatyczny, niemniej jednak rzeczywisty fundator niepodległości Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Poparte jego autorytetem idee tzw. Narodowej Demokracji porwały za sobą całe rzesze młodzieży, z ludźmi takimi jak Bolesław Piasecki czy Jan Mosdorf na czele – młodzieży o wiele bardziej radykalnej od samego patrona nurtu, dodajmy. Jednym z najjaskrawszych przejawów nadzwyczaj rozpowszechnionego w tym środowisku antysemityzmu był wspomniany postulat numerus clasus – zgodnie z którym liczba studentów wyznania mojżeszowego nie mogła stanowić większego odsetka ogólnej liczby żaków danej uczelni, niż wynosił udział Izraelitów w całym społeczeństwie – czyli 10%. Koncepcję tę motywowano na ogół potrzebą ochrony interesów młodzieży polskiej – wśród studentów wyższych uczelni stanowili bowiem Żydzi nawet do 40%. Postanowiono więc metodami administracyjno-dyskryminacyjnymi utrudnić im znacząco uczciwe konkurowanie z Polakami na wiedzę. Bulwersujące, nieprawdaż?

Zabawne, że podręczniki historii i rozmaite publikacje prasowe aż zioną pogardą wobec przedwojennych regulacji anty-żydowskich – ale ci sami interlokutorzy potrafią jednocześnie opowiadać się za wprowadzeniem nowego, płciowego numerus clausus! Niepodobna wszak zaprzeczyć, że skoro płcie są dwie, zaś każdej z nich musi przypadać co najmniej 35% miejsc na listach wyborczych – to żadna z nich nie może obsadzić więcej, niż 65% lokat. Podobnie jak Żydzi w przededniu Zagłady (w 1937 roku niesławne ograniczenia zostały wreszcie prowadzone) nie obsadzali więcej niż 10% miejsc na uniwersytetach! A przecież to dopiero początek: „postępowcy” bez ogródek przyznają, że parytet 35% to zaledwie mały, niezadowalający kroczek na drodze ku Królestwu Szczęśliwości – docelowo bowiem chodzi o parytet 50%. Innymi słowy: im większe podobieństwo do dawnych restrykcji anty-żydowskich – tym, zdaniem lewicy i feministek, lepiej!

Skąd wśród Ludu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej taki popęd do gmatwania sobie życia szeregiem najniedorzeczniejszych nawet aktów prawnych? Śmiem twierdzić, że motywem jest nieodmiennie – zarówno u przedwojennych radykałów, jak i dzisiejszej lewicy – zazdrość. Polskie beztalencie bez skutku szuka w życiu powodzenia? Zapisuje się więc do Falangi i idzie z podobnymi sobie degeneratami gardłować o wywalenie Żydów na Madagaskar. Bo jemu się studia i praca należały – a pejsaci je zabrali, zawłaszczyli przebiegle. Niedowartościowana intelektualistka z doktoratem o emancypacji transseksualistów nie ma pomysłu na skuteczną walkę o swoją przyszłość? Nic prostszego: wystarczy zrzeszyć się z innymi niedołęgami w odpowiedniej organizacji, ruszyć na manifę i wołać gromkim głosem o parytet – niech zrobią z niej urzędowo posłankę; męskie świnie, które w uczciwej rywalizacji łatwiej dochrapałyby się diety, niech martwią się o siebie.

Celem zakamuflowania swoich resentymentów miernoty wymyślają różnorodne ideologie – zawsze szkodliwe, a czasem nawet ludobójcze: od narodowego socjalizmu po feminizm. Uzasadnienia, jakie dla nich się dostarcza, są przeważnie raczej niewysokich lotów. Niełatwo na przykład orzec, co takiego jest w kategorii narodowej, będącej w gruncie rzeczy sztucznym konstruktem powstałym wskutek częstokroć siłowego aplikowania masom ideologicznych wymysłów XVIII i XIX-wiecznej inteligencji, że pozwala ona rozstrzygać kto zasługuje na przyjęcie do szacownego grona żaków, a kto nie? Albo – w ekstremalnej postaci – kto zasługuje na życie, a kto na krematoryjny piec? Nie inaczej jest w przypadku feminizmu: skąd pomysł, że płeć stanowi ważką kategorię polityczną? Teza, że perspektywa 20-letniej kobiety bardziej różni się od perspektywy 20-letniego mężczyzny niż np. perspektywa 20-letniej kobiety od perspektywy 50-letniej kobiety, a nawet 50-letniej kobiety odmiennego wyznania i koloru skóry, jest przecież nonsensem. Tymczasem parytetu wieku, rasy i wyznania nikt jakoś (na razie) nie postuluje.

Niestety: wbrew rojeniom samej miernoty, gdy miernotę wepchnie się urzędniczym dekretem na eksponowane stanowisko, nadal pozostanie ona miernotą. Naturalnego stanu nierówności pomiędzy ludźmi żadna państwowa urawniłowka odmienić bowiem nie może. Co gorsza: na lansowaniu miernot tracą koniec końców wszyscy – z nimi samymi włącznie. Wszak społeczeństwo pozbawione elity to jak człowiek bez głowy; społeczeństwo dysponujące elitą sztucznie wykreowaną przez system nakazowo-zakazowy – to jak człowiek o bardzo chorej głowie. Powtórzmy tedy słowa, które miał ongiś wypowiedzieć Platon: Szczęśliwy ten, kto zna swoje miejsce w szeregu.

Student filozofii.Członek Ruchu Autonomii Śląska oraz Stowarzyszenia KoLiber. Górnoślązak z urodzenia i z przekonania. Libertarianin-minarchista.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka