Nigdy, ale to przenigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego w mądrych głowach uczonych mężów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej niczym pasożyt zagnieździło się dziwaczne przekonanie, że im wyższa frekwencja podczas demokratycznej elekcji, tym lepiej. Z kolejną wariacją wokół tej niedorzeczności mamy do czynienia od kilku dni – w związku z propozycją PO, aby w tym roku wybory przedłużyć – do dwóch dni, tak żeby każdy kwasożłop, któremu nie chciało się odstawić na moment jabola w dniu pierwszym i udać się do lokalu wyborczego, miał szansę zreflektowania się. Oczywiście: postulat PO oraz sprzeciw PiS wobec niego w żadnym razie nie są motywowane tym, że cztery lata temu rekordowa frekwencja wyniosła do władzy pierwszych, a drugich jej pozbawiła. Postkomuniści z kolei nie dlatego protestują przeciwko dodatkowym wydatkom, że jako jawnym socjalistom nie wypada im się nie zatroszczyć o najuboższych – oni tak mają na serio. I też kochają demokrację – ale nie jest to miłość ślepa na rachunek ekonomiczny.
Inni uczeni mężowie, na użytek ciemnego ludku Najjaśniejszej Rzeczypospolitej nazywani ekspertami, skrupulatnie wtórują im w tej płomiennej miłości. Formułowane przez nich w sprawie pomysłu PO komentarze można tedy podzielić na dwie zasadnicze kategorie: „Wybory to święto demokracji i nie wolno na nich oszczędzać” – i: „Wybory to święto demokracji – niemniej czasem należy na nich oszczędzać; zwłaszcza w kryzysie”.
Ja tymczasem śmiem twierdzić, że kryzys, którym należy się zająć najrychlej, jest kryzysem intelektualnym – i wyraża się w wygłaszaniu takich między innymi niedorzeczności, jak te powyżej.
Otóż pragnę przypomnieć moim Najjaśniejszym Panom, których ja, nędzny niewolnik, dzięki dobrodziejstwom demokracji za kilka miesięcy będę mógł znowu utrzymać w zwierzchności nade mną bądź zmienić właściciela na innego – że ludzie interesujący się na co dzień podrygami Najjaśniejszych Panów przy korycie i w miarę rozumiejący logikę tej ruchawki na ogół w elekcjach uczestniczą. Co oznacza, że wzrastająca frekwencja to w istocie napływ do urn ciemnej masy najrozmaitszego autoramentu – obiboków i nieudaczników wierzących, że ten czy inny kandydat na Najjaśniejszego Pana da im większy zasiłek – albo młodych, wykształconych z wielkich miast, czyli zgrai półinteligentów zdobywających umysłowe szlify dzięki lekturze Wikipedii, informacji Onetu czy „filozoficznych dzieł” Paulo Coelho i hartujących stal swego ducha w walce ze śmiertelnym niebezpieczeństwem „kaczyzmu”. Krótko mówiąc: większość społeczeństwa tworzą głupcy – absurdem i brakiem instynktu samozachowawczego jest więc myśleć, że z ich większego udziału w sprawowaniu władzy może wyniknąć coś dobrego.
To był argument a priori. Argument aposterioryczny brzmi natomiast następująco: najwyższą po 1989 roku frekwencję odnotowano przed czteroma laty. Miliony ludzi, dotychczas apolitycznych, uświadomiło sobie, że nad jasnym obliczem demokracji zebrały się ciemne chmury „kaczyzmu”. Ruszyli więc gremialnie do urn, wybierając na Najjaśniejszych Panów dobrodusznego pana Donka i resztę ferajny z boiska. Ludzie ci, dysponując silnym mandatem Ludu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, błyskawicznie wzięli się do roboty i przystąpili do systematycznego rozwalania wszystkiego, co jeszcze się w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej trzymało na gumie do żucia. Pamiętajmy o tym, gdy znów przyjdzie nam słuchać wywodów uczonych mężów o „święcie demokracji”.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)