Już jutro dzień, po którym nic nie będzie takie jak przedtem – prof. Leszek Balcerowicz, koryfeusz polskiego liberalizmu, niestrudzony orędownik wolności, człowiek zasad i niekwestionowany autorytet naukowy oraz moralny, rozniesie w pył tę kanalię, krzywoprzysięzcę, przebrzydłego kłamczucha od „zielonej wyspy” – Jacka Rostowskiego.
Może nieco przesadzam, ale takie mniej-więcej komentarze rozbrzmiewały dziś we wszystkich mediach polskiego mainstreamu. Nic więc dziwnego, że sam premier Tusk z pełnym trwogi niedowierzaniem zapytuje, kto u licha przestawił mu wajchę - sprawiając, że płomienna miłość celebrytów i dziennikarzy do jego partii ni stąd, ni zowąd przeminęła z wiatrem.
Na pytanie to precyzyjnej odpowiedzi udzielić niepodobna, wszak tajemne przestawienie wajchy ma to do siebie, że właśnie jest tajemne. Skutkiem czego nie wiadomo, kto za nim stoi, choć niewątpliwie stara teoria Żydów, masonów i cyklistów znajduje tu swoje zastosowanie.
Że medialno-platformerski romans kończy się z hukiem, to już w tej chwili nie ulega kwestii, skoro – zgodnie ze schematem fabularnym znanym z powieści Agaty Christie albo Joanny Rowling – dotychczasowy szwarzcharakter zaczyna być lansowany na mesjasza i opokę praworządności, na której bezpieczeństwo oszczędności naszych spoczywa i na niej jedynie oprzeć się może, niedawni zaś mężowie opatrznościowi okazują się szalbierzami i potępieni zostają w czambuł.
Ja ze swej strony dworował sobie z tej wolty nie będę, bo że grubymi nićmi wszystko to jest szyte, to każdy człek rozumny widzi. Przypominam natomiast tym, którzy mając na względzie dobro Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i w nadziei na lepsze, bardziej wolnorynowe jutro chcieliby prof. Balcerowicza widzieć z powrotem u żłobu i z radością witają renesans (a może bezprecedensowy parkosyzm?) społecznego dlań zaufania - że poza rytualnym waleniem niczym w bęben w związki zawodowe, przywileje socjalne oraz prawo pracy człowiek ten z liberalizmem absolutnie nic wspólnego nie ma. Jak bowiem trafnie wskazuje Stanisław Michalkiewicz w swoim wyśmienitym dziełku „Dobry <<zły>> liberalizm”, niezbywalną cechą programu liberalnego jest jego integralność. Innymi słowy, system proponowany przez zwolenników wolnego rynku odsłania swoje zalety wyłącznie wtedy, gdy wprowadza się go w życie w całości – bez żadnych półśrodków i cuchnących kompromisów. Jeśli więc na przykład z jednej strony doprowadzimy do radykalnej redukcji osłon socjalnych, a z drugiej nie zatroszczymy się jednocześnie o ukrócenie drenującego obywatelskie kieszenie ucisku fiskalnego – to wszystkie dobrodziejstwa leseferyzmu idą w diabły. Lud jak ubożał, tak ubożeje, a co gorsza nie kompensują mu już tego ochłapy w postaci zasiłków, ulg, dodatków itp.
Tymczasem dokładnie tak postępował Balcerowicz, piastując dwukrotnie urząd ministra finansów. Biurokratyczny nowotwór rozwijał się wówczas w tempie ekspresowym, stroma progresja podatkowa nieodmiennie sprowadzała zwątpienie na bogatych, a nędzę na ubogich, zaś umiłowane przez Lud Najjaśniejszej Rzeczypospolitej „zdobycze socjalizmu” stawały się łzawym wspomnieniem. Nic zatem dziwnego, że potraktowane taką wersją „liberalizmu” społeczeństwo wolny rynek przeklęło, a jego domniemanego szermierza zgodnie obdarzyło zapiekłą a nieskrywaną nienawiścią.
Sytuowanie Balcerowicza na teoretycznym polu leseferyzmu jest tym śmieszniejsze, że pojawia się w kontekście sporu o formułę systemu emerytalnego. Powtórzę raz jeszcze: SYSTEMU EMERYTALNEGO – czyli takiego zinstytucjonalizowanego procederu, w którym państwo swym pazernym łapskiem zagarnia pod przymusem wypracowane przez obywatela w pocie czoła pieniądze, by następnie oświadczyć mu, że aby zobaczyć je z powrotem, musi tyrać przez najbliższych 30-40 lat. Czy to nastąpi, czy też nie – to sprawa otwarta, wszak przeciętny Polak żyje lat 73 (Polka ma perspektywy ciut lepsze: średnia długość życia 79 lat), co przy obecnym pułapie wieku emerytalnego pozwala powątpiewać w odzyskanie zagarniętej przemocą własności. Żeby było jeszcze zabawniej: im który polityk chce bardziej przedłużać czas trwania tej osobliwej loterii, to jest im wyższego ustawowego wieku emerytalnego się domaga, tym za większego „liberała” uchodzi.
A słowo liberał, panie i panowie, pochodzi od pięknego łacińskiego terminu „libertas” – czyli:
”wolność”. Zarysowana powyżej sytuacja ma się natomiast do wolności tak, jak i cały socjalistyczny system, którego jest częścią – tzn. niszczy ją, a w ślad za nią całe społeczeństwo. Ktoś, kto gada o reformie systemu emerytalnego, zamiast o jego zniesieniu na rzecz indywidualnych oszczędności obywatelskich, jest więc po prostu – czy mu się to podoba czy nie – socjalistą i jako taki stanowi śmiertelne zagrożenie dla ludzkości. Tym samym legendarne hasło „Balcerowicz musi odejść” nic nie straciło ze swej aktualności. Tyle że wraz z Balcerowiczem odejść musi również cała bez wyjątku dzisiejsza klasa polityczna – dopiero wówczas wolność będzie mogła zatriumfować nad neokomunistycznym zniewoleniem.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)