6 obserwujących
19 notek
16k odsłon
438 odsłon

XX-lecie likwidacji GUKPPiW, czyli... CENZURA NA CENZURĘ

Wykop Skomentuj8

ZAŁOŻYŁEM BLOGA, PONIEWAŻ 40-LETNIE KŁAMSTWO O CENZURZE PRL TRWA I MA SIĘ BARDZO DOBRZE.

 

XX-lecie likwidacji GUKPPiW, czyli... CENZURA NA CENZURĘ

 

Pisarz emigracyjny Wojciech Albiński – w cyklu telewizyjnym pt. „Errata do biografii” – tak opowiada o przyczynach, które sprawiły, że przyszło mu spędzać życie w Południowej Afryce: Jednym z powodów była rozmowa mojej matki z dyrektorem Bogdanowiczem, który był dyrektorem Górskiego [liceum – T.S.] jeszcze sprzed wojny. W roku 1952 przed maturą pisaliśmy w wypracowaniu, na jaki kierunek studiów chcielibyśmy się wybrać. Ja napisałem, że na dziennikarstwo. Wtedy dyrektor powiedział mi, że mam przyjść z opieką. Matka przyszła ze mną, a dyrektor Bogdanowicz powiedział jej tak:Proszę Pani, czy Pani chciałaby, żeby Wojtuś całe życie kłamał?

 

Sposób, w jaki zdobyta przeze mnie dokumentacja zaprezentowana została przez londyński „Aneks” w pierwszym wydaniu z 1977 roku – podporządkowany był politycznym interesom środowiska związanego z dysydenckim wobec ortodoksyjnego komunizmu ruchem tzw. „lewicy laickiej”. Wywodzący się z elit totalitarnego systemu ludzie usiłowali tę pod wieloma względami niewygodną dla siebie demaskację systemu cenzorskiego zaadaptować na potrzeby własnej strategii politycznej. Polegała ona na popularyzowaniu takiej wersji historii, w której udział ich własnego środowiska w funkcjonowaniu totalitarnego systemu poddany został zrelatywizowaniu, jawiąc się jako nieokreślony i dla przeciętnego obywatela niedefiniowalny. Dokumenty te, opatrzone odpowiednim komentarzem, ludzie ci wydali w drugim obiegu jako „Czarną księgę cenzury PRL” – zarówno w londyńskim wydawnictwie Aneks, jak i w podziemnej Niezależnej Oficynie Wydawniczej NOWA. Przy okazji jednak bardzo starali się mnie zdyskredytować.

 

Źródłem i przyczyną tego typu zachowań była przeprowadzona na przełomie lat 60 i 70 ubiegłego wieku próba „transformacji” w środowisku tzw. emigracji pomarcowej. Emigracja ta składała się w niemałej części z dziennikarzy, redaktorów oraz innego typu nomenklaturowców zatrudnionych w reżimowych mediach i wydawnictwach. Podstawowym, wręcz niezbędnym warunkiem a zarazem celem owej „transformacji” było uwiarygodnienie się w oczach nowych, antykomunistycznych tym razem pracodawców, a tym samym nowych mocodawców. Na potrzeby tego uwiarygadniania wykreowana została semantyczno-asocjacyjna zbitka słowna umożliwiająca „emigracji pomarcowej” – a poźniej, już po upadku komuny, także pozostałym elitom postpeerelowskim – wykorzystywanie słowa „CENZURA” do ukrycia własnej roli w funkcjonowaniu peerelowskiej cenzury. Wtedy to – od chwili zatem, gdy funkcjonariusze tej komunistycznej Czwartej Władzy znaleźli zatrudnienie w RWE, BBC i gdy otwarły się przed nimi łamy paryskiej „Kultury” – taka właśnie zbitka pojęciowo-skojarzeniowa docierać zaczęła poprzez trzaski zakłóceń radiowych do polskiej opinii społecznej. W rezultacie tej medialnej manipulacji sprzed 40 lat przeciętny Polak po dziś dzień jest święcie przekonany o tym, że CENZURA w PRL tożsama była z pewną instytucją państwową, mieszczącą się przy ul. Mysiej w Warszawie. Peerelowscy zaś dziennikarze, publicyści a także twórcy kultury wraz z pozostałymi animatorami obywatelskich postaw i wyobrażeń o świecie jawią się jako niewinne i szlachetne w swych intencjach ofiary urzędników z ulicy Mysiej.

 

Do nich zaliczał się m.in. Adam Bromberg ze swą córką Doroteą. Przed wyemigrowaniem do Szwecji w 1970 roku piastował w PRL w latach 1953-65 stanowisko szefa PWN. Do Szwecji trafił w wyniku – jak sam to często relacjonował – „antysemickich prześladowań”. Wraz z córką założył tu własne wydawnictwo z siedzibą w Uppsali. Było to pierwsze wydawnictwo, do którego zwróciłem się z prośbą o publikację „Czarnej Księgi Cenzury PRL”. Spotkanie w kawiarni uniwersyteckiej przebiegło w bardzo miłej atmosferze. Adam Bromberg nie podjął się jednak wydania mojej książki, sugerując abym zwrócił się w tej sprawie do braci Smolarów – właścicieli „Aneksu”. Później, w trakcie trwającej już nagonki na mnie, wracałem pamięcią do tego spotkania. Wyobrażałem sobie, jak się wtedy musiały rozdzwonić telefony między co bardziej przesiębiorczymi reprezentantami tej emigracji. Kojarzyło mi się to nieodmiennie ze sławnym skeczem „SĘK” (w niepowtarzalnym, mistrzowskim wykonaniu Dziewońskiego i Michnikowskiego z Kabaretu Dudek w latach 60).

                                                                                                                                               

Nie było mi jednak do śmiechu. Wszak to tym właśnie ludziom oddałem za darmo rezultat mozolnej i z natury rzeczy odpowiedzialnej pracy nad kompletowaniem zbioru dokumentów GUKPPiW. Pracę tę wykonywałem w warunkach nieustającego zagrożenia przez cały okres mojego 18 miesięcznego zatrudnienia w tej instytucji. Ludzie ci zbiór ten opublikowali i następnie... SPRZE-DA-LI go kilkunastu tysiącom Polaków, równocześnie o CHĘĆ ZYSKU (sic!) oskarżając... mnie. Choć zdawać by się mogło, że wymierzeniem tak spektakularnego ciosu cenzurze zasłużyłem sobie raczej na przydomek anty-cenzora, ludzie ci jak na szyderstwo obsypywać mnie zaczęli epitetami w rodzaju: „excenzor”, „były cenzor” czy też „cenzor, który uciekł”. Konsekwencje wszczętej wkrótce przez nich zniesławiającej mnie kampanii – wynikającej z ogólnej strategi uwiarygadniania własnego środowiska – ponoszę do dziś.  Przede wszystkim jednak nadal od 40 lat obowiązuje w obrębie polskich elit opiniotwórczych kanon interpretacyjno-pojęciowy, zgodnie z którym słowo CENZURA kojarzy się wyłącznie z wystającym nad powierzchnię życia publicznego „wierzchołkiem góry lodowej” o nazwie GUKPPiW lub też z samą tylko ulicą Mysią w Warszawie.

Wykop Skomentuj8
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale