Udało się. Po kilku latach podchodów, w tym roku po raz pierwszy pojechałem na Openera. Co prawda byłem tylko jeden dzień (sobota), ale grunt, że się udało. Moje wrażenia? Krótko: re-we-la-cja!
Od początku. Bilet zakupiony bez problemu w Empiku (140 pln) dużo wcześniej. Chyba za wcześnie, bo narastające podniecenie nie dawało mi spokoju :-) Zawsze kręcą mnie koncerty, a ten miał być mega. Nie ukrywam, że dodatkową motywacją do zakupu biletu miał być występ Faith No More. Nigdy ich nie widziałem na żywo, ale kasety w magnetofonie zdzierałem niemiłosiernie. Poza tym nie było innego zespołu grającego z rockowym jajem (co mnie głównie interesuje). Nie miałem wyboru – sobota.
Ogromnym pozytywem sobotniego dnia była pogoda. Ciepło, słoneczko, niebo praktycznie bezchmurne. Do Gdyni wybraliśmy się kolejką. Na dworcu podążaliśmy za tłumem w stronę – uwaga – DARMOWYCH – autobusów. Pomyślałem, o cholera, to dopiero będzie hardkor wcisnąć się do któregoś. I tu pierwsze zaskoczenie. Żadnej walki o miejsce. Załadowaliśmy się do wesołego autobusu w ok. 10 min. Wysiedliśmy na miejscu koncertu. I dalej za tłumem. Wymiana biletów - bez problemu. Przed wejściem ochroniarze skrupulatnie sprawdzali każdego. Myślałem, że szlugi mi zabiorą, ale po zajrzeniu do paczki, puścili wolno. No i pierwsze wrażenie: o dżizasss... niesamowite, ogromne pole, łąka (czy jak to zwał) i przewalający się tłum. Extra. Praktycznie żadnych kolejek – troszkę trzeba było odstać, żeby wymienić kasę na kupony (piwo 6 pln – przy takiej cenie gardło jeszcze nie czuje przepływających złotówek). Później obejście całego obszaru festiwalu, wszystkie sceny, żarło, nalewaki, stoisko fendera, alfa romeo :-)
Godz. 18 – na głównej scenie grupa Izrael. Qmpel stwierdził, że pomyłka (pewnie antysemita), ale jakoś miło się leżało na zielonej trawce, patrząc w niebo, popijając piwko i jarając szluga, a w tle Izrael. Mimo braku większej sympatii dla tego rodzaju muzyki – pozytyw.
Niebawem złośliwa natura dała o sobie znać. Wyprawa do kibla. I tu drugie przeogromne zaskoczenie: wielkie miasteczko tojtojów. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że organizacja kibli na wszelakich imprezach masowych jest sprawą niezwykle ważną. [Pamiętam jak w 2004 w Chorzowie na koncercie Metalliki wyszedłem w potrzebie tuż przed Vaderem. Wróciłem – na scenie zaczął rozstawiać się Slipnot]. Masa tojtojów w jednym miejscu – zero kolejek. Extra.
W międzyczasie były oczywiście wycieczki po piwo. Kolejek oczywiście nie było – nalewaków starczyło dla każdego. Po Izraelu miał grać jakiś Madness. Grali gdzie indziej, bo spóźnili się. Byliśmy również na innej scenie, po czym ok. 21:30 zaczęła się walka o dobre miejsca pod sceną przed Faith No More. Koncert w skrócie – wyśmienity. Doskonała kropka nad i ostatnim bisem: „Digging the grave”. Myślałem, że to już będzie koniec zabawy, a tu o dziwo, następny na scenie Pendulum (jakieś diskometal) nieźle rozruszało tłum.
Po koncercie wędrówka ludów w stronę autobusów mających zawieść nas na gdyński dworzec. Znowu – bez żadnych perturbacji. Z Gdyni kolejką do domu – piwko i do 6 wkurwianie sąsiadów :-)
Na koniec kilka dygresji.
Sobotnie gwiazdy (nie liczę Pendulum): Izrael, Madness, Faith No More – dziadki.
Organizacja festiwalu – jestem pod ogromnym wrażeniem. Pierwsza myśl: ludzie, którzy to wymyślili powinni być w Sejmie i rządzić krajem.
Słyszałem, że w przyszłym roku ma być jakaś specjalna scena, czy cały dzień „rockowy”. I dobrze, gdyż uważam, że motorem napędowym festiwali są właśnie rockowcy. Żaden zniewieściały dresik, nie będzie chciał, żeby mu pod główną sceną podeptano białe adidaski.
Na Babich Dołach była ekipa S24. Był (to wiem) miękki i pachnący Futrzak oraz Rosemann. Z tym, pierwszym usiłowałem skontaktować się via komórkę, ale w związku z zaleganiem płatności za abonament – komórka [Futrzaka] padła. Rosemanna chciałem spotkać, ale słyszałem, że utknął w jakimś tojtoju, a że było ich tam w cholerę, nijak było Rosemanna znaleźć.
W przyszłym roku Wam nie odpuszczę! :-)


Komentarze
Pokaż komentarze (14)