Jak najlepiej przeżyć chwile własnego zachodu?
Co jest po drugiej stronie?
Jak patrzeć w ognistą kulę, by nie przeoczyć ostatnich chwil?
Jak poradzić sobie z ciemnością po zachodzie słońca?
Hospicjum to też Życie – choć słabe i obolałe to ważne do końca.
Tomek Nawrocki urodził się w 1985 roku. Jak każde dziecko lubił rozrabiać, był bardzo ruchliwy, a najbardziej lubił chodzić po meblach. Kiedy na nie wchodził, kryształy musiały ustępować mu miejsca i spadały z hukiem na ziemię. Nikt wtedy nie przypuszczał, że może dotknąć go jakaś straszna choroba. Kto jest na coś takiego przygotowany? Póki nie staniemy z tym twarzą w twarz, istnieje przekonanie, że mnie to nie dotknie. Przecież jesteśmy młodzi, silni, piękni…
Pierwsze objawy pojawiły się niespodziewanie, w wieku kilkunastu lat. Tomek gra z chłopakami w piłkę. Jest szybki. I nagle podczas meczu zatrzymuje się i zaczyna wymiotować, zwija się z bólu. Koledzy z podwórka zaczynają się niepokoić, gdyż powtarza się to prawie na każdym treningu.
Od tego momentu z Tomkiem zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Tomek często choruje, łapie infekcje. Zaczyna się żmudne diagnozowanie. Lekarze nie są stanie wyjaśnić takiego stanu rzeczy. I tak zaczyna się szpitalne życie Tomka. Podróżuje od szpitala do szpitala. Tomka potwornie swędzi skóra, wypadają mu brwi. Dermatolodzy są bezradni. Po 9 miesiącach swędzenie ustaje. Tak nagle, jak się zaczęło.
Gdy Tomek ma 17 lat tajemnicza choroba przybiera na sile. Konieczne są kolejne pobyty w szpitalu. Wyniki testów, kolonoskopii, gastroskopii wykluczają różne choroby. Lekarze wciąż szukają. On nie narzeka. Nie panikuje, mimo, że jest źle. Podczas jednego z pobytów w domu wymiotuje krwią.
Rok 2003. To wszystko trwa za długo. Ta niewiedza lekarzy. Ból i strach, o którym nie mówi nikomu. Jadą z siostrą, Agnieszką, samochodem. – Boję się śmierci – mówi nagle Tomek. Musiał to powiedzieć. – Boję się, że będzie bolało. Agnieszka traci na chwilę głos, z trudem powstrzymuje płacz, ma pustkę w głowie. Jak dotąd nie rozmawiali o śmierci. Modli się do Ducha Św. O jasność umysłu. Nagle mijają wypadek. Dwie ciężarówki i zgnieciony doszczętnie maluch. – Zobacz – zaczyna niepewnie. – Ten człowiek z malucha zginął. Na pewno nie był na to przygotowany. Tomek, ty możesz się do tego tak pięknie przygotować… Masz czas. To jest błogosławieństwo.
- Wiem, siostrzyczko, wiem. Masz rację – odpowiada Tomek.
Więzy rodzinne zacieśniają się. Sprawia to choroba. Wszyscy mają tego świadomość. Nieszczęście łączy ich coraz bardziej. Tym bardziej, że rzeczywistość ich przerasta. Wokół Tomka jest wielu życzliwych ludzi, przyjaciół… Wydarzenia toczą się jak w filmie. Są nieoczekiwane zwroty akcji, wzloty i upadki.
Rok 2004. Tajemnicza choroba Tomka rozwija się dalej. Zaczyna przyjmować leki steroidowe. To sprawia, że jego apetyt wzrasta do niewiarygodnych rozmiarów. Tomek tyje. Najbardziej lubi McDonaldsa.
W tym czasie Tomkowi usunięto śledzionę. Była tak przerośnięta, że groziła pęknięciem. W niedługim czasie jelita zaatakował nowotwór. Konieczna była operacja. Po operacji jelit Tomkowi było ciężko oddychać. Prosi lekarzy o podłączenie do respiratora. Gdzie się tylko da, chce nadal sam stanowić sam o sobie. Chce zachować dla siebie choć trochę niezależności. Stan Tomka pogarsza się. Całkowicie wyłysiał, jest cały w krostach. Diagnoza tajemniczej choroby trwa nadal. Krew Tomka wysłano do laboratorium w Austrii. Wreszcie wiadomo co mu jest. Cierpi na genetyczną chorobę. To dlatego stracił całkiem odporność. To dlatego ma objawy nowotworu i przerzuty. Ale on się cieszy – Wreszcie wiedzą! – mówi do mamy.
Lato 2004. Tomek gaśnie. Jest coraz słabszy. Matka Tomka rozmawia z lekarzami i pyta się: co dalej? Wtedy po raz pierwszy pada to słowo: hospicjum. Mama Tomka myśli w panice: - To już koniec świata! Hospicjum! Powoli oswaja się z tą myślą. Pojadą zobaczyć to miejsce. Jeśli im się spodoba, zostaną. W każdej chwili mogą wrócić. Miejsce dla Tomka będzie czekać.
Tomek o hospicjum:
„…to jest sanatorium, tu człowiek odżywa. No i ja tutaj czuję się lepiej. Troszkę byłem zmęczony 5-miesięcznym leczeniem non-stop w akademii. Tutaj jest rehabilitacja – przychodzi pani Agnieszka, zawsze porozmawia… Hospicjum to nie jest żadne straszne miejsce. Jeśli ktoś ma możliwość to naprawdę warto, bo z tego co słyszałem to są tu duże kolejki. Jest tu jak w sanatorium.”
Jesień 2004. Tomek w hospicjum miał swoje łóżko sterowane pilotem. Mógł bez wysiłku się podnosić. Osoby opiekujące się nim wywoziły go na tym łóżku na dwór. A on cieszył się słońcem jak dawniej. Relaksował się. Poza tym mógł zażywać kąpieli w wannie z jacuzzi. Tutaj pielęgniarki miały dla niego dużo czasu. Tomek szybko przekonał się do nowego miejsca. Mówił o tym odwiedzającym go kolegom, a oni widzieli, że jest dobrze.
Pewnego dnia do pokoju Tomka wchodzi pielęgniarka. – Dzień dobry, Tomku – mówi. Jest uśmiechnięta, ale chłopak czuje, że ten uśmiech jakiś taki niepewny. – Coś się stało? – pyta zatem. – Pani ma jakiś problem? – Kobieta kręci przecząco głową. Nie ma problemu, wszystko jest w porządku. Potem na korytarzu spotyka matkę Tomka. – Rzeczywiście mam kłopoty w domu, powinnam je zostawić za drzwiami hospicjum, ale to nie jest proste – tłumaczy się. – A Tomek zawsze takie rzeczy zauważa. Jest wyczulony na nastroje innych.
Tomek nie skarży się. Nigdy nie narzeka. Pewnego dnia przychodzi do niego ksiądz Piotr Krakowiak. Może to o czym mu opowiada, będzie ostatnią przygodą w życiu? W życie Tomka wkracza fundacja działająca przy hospicjum. Tomek jest poproszony o ofiarowanie swojej twarzy do kampanii mówiącej, że hospicjum to nie umieralnia. Pomysł ten bardzo się Tomkowi podoba. Razem z rodziną przyjmują tę propozycję. Tomek chce coś jeszcze w życiu zrobić. Przeczuwa, że dzięki temu przedsięwzięciu, będzie jeszcze długo żył. W pamięci wszystkich tych, którzy się w jakikolwiek sposób w nie zaangażują…
- Mamo, ja już chcę iść do babci Loni… - Tomek mówi słabym głosem. Babcia Lonia umarła niedawno. Mama Tomka nie ociera ukradkiem łez. Nie ma ich przy Tomku, nie ma ich w domu…
- Tamten wieczór był szczególny – mówi siostra Tomka. – Powiedział mi, że mnie kocha. Teraz wiem, że to było nasze pożegnanie…
Marzenie Tomka:
„Nogi – to jest dla mnie główny cel, żeby samemu wstać, iść do łazienki czy się przejść. To są zwykłe rzeczy, człowiek zdrowy tego nie ocenia. Dopiero osoba, która to straci – naprawdę to doceni. Żebym sobie kiedyś mógł zawiązać buty i po prostu wyjść. Czekam na to. Czekam ćwiczę sam. Staram się. Już raz pokonałem to i chodziłem troszeczkę, ale po kolejnym zabiegu osłabłem i to są tego skutki…”
[na podstawie książki Marzeny Świtały „Podróż za horyzont”]
linki:
Zachęcam wszystkich do przekazania 1% podatku dla hospicjów
„ZDĄŻYĆ Z PRAWDĄ - O sztuce komunikacji w hospicjum.”


Komentarze
Pokaż komentarze (7)