Wpadł mi w ostatnio w ręce tekst Jacka Bartyzela o Kuroniu. Na marginesie przypomnę, że Bartyzel był działaczem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatel (o rocznicy powołania ROPCiO piszę tutaj). Robię wkleja fragmentów tekstu Bartyzela (całość TU):
Obyczaj podpisywania się pod jakimś „słusznym” listem oraz dopingowania opieszałych, by się co rychlej przyłączyli (rzecz jasna, już nie terrorem fizycznym, tylko subtelniejszymi metodami, bo czasy się zmieniły, chociaż towarzysze niezupełnie), powrócił dzisiaj w postaci odmeldowywania się kolejnych zastępów obrońców świetlanej pamięci Jacka Kuronia i skrupulatnego zliczania ich głosów w sztabie głównym „Gazety Wyborczej”. „Już 800 podpisów”, „już 900” – oznajmiają kolejne komunikaty bitewne.
Zapewne wykroczę nieco poza wąsko rozumianą „sprawę Kuronia”, wszelako szum wokół niej wzniecony – stanowi dobry powód do choćby cząstkowego odsłonięcia Himalajów obłudy, na jakie wznoszą się strażnicy „kanonicznej” wersji tejże historii. Jeżeli by na moment potraktować poważnie ich dowodzenie, że współcześni historycy i publicyści są „chorymi z nienawiści” draniami, obrzucającymi bezpodstawnie błotem ludzi prawych i zasłużonych, to ludzie mający niezaćmioną wiekiem czy innymi przypadłościami pamięć mogą zauważyć, że prekursorami i „mistrzami” tego procederu byli już w latach 70. właśnie skupieni wokół Kuronia (z nim samym włącznie) działacze KOR i publicyści „Biuletynu Informacyjnego” oraz innych pism tego środowiska. Czyż nie rozpowszechniali oni od pierwszego dnia, tak publicznie, w wywiadach dla zagranicznych korespondentów, jak poufnie, pocztą pantoflową, sugestii, że Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela jest dywersją SB wobec KOR-u, i że założyli go ludzie podejrzani i im nieznani? Kłamali przecież świadomie i, by tak rzec, wielopiętrowo, albowiem wiedzieli doskonale kim byli założyciele ROPCiO, z którymi wiele miesięcy wcześniej toczyli rozmowy na temat utworzenia wspólnej organizacji, które rozbiły się o to, że „kuroniowcy” nie chcieli formuły szeroko otwartego ruchu, nad którym nie mieliby kontroli, lecz tylko wyselekcjonowanego, imiennego komitetu; wiedzieli też, że ich partnerzy lojalnie opóźnili o kilka miesięcy powołanie Ruchu, po tym jak jednostronnie powołany został KOR, aby dać mu okrzepnąć i przetrwać możliwe uderzenie bezpieki. Tym samym hipokrytom i ich pojętnym uczniom, którzy dziś wypisują androny o nienawistnikach buszujących w trujących oparach teczek, trzeba przypomnieć tabuny „komandosów” wysyłane do bibliotek celem wertowania roczników „Stolicy” w poszukiwaniu jakichś kompromatów na „moczarowca” Moczulskiego. A jakiż to tytuł nosił poświęcony mu artykuł (nieżyjącego już) Jana Walca w „Biuletynie Informacyjnym”, który zaszokował nawet wielu sympatyków KOR-u drastycznym złamaniem niepisanej zasady, że frontalnym atakiem nie „wystawia się” bezpiece konkurentów z opozycji? Otóż – Drogą podłości do niepodległości. W tym samym donosie można odnaleźć też piękny przykład „poszanowania dla niekwestionowanych autorytetów”, czyli nazwanie Prymasa Polski ajatollahem Wyszyńskim. Można, niestety, tylko w niektórych egzemplarzach, bo w tej części nakładu, w której nadążono, ten „sympatyczny” zwrot wydrapano albo zamazano czarną farbą.
Przejdźmy do samego, „świętego i nietykalnego Jacka”. Kim był?
Bez wątpienia ideowcem, człowiekiem przez życie spalającym się w służbie sprawie, w którą wierzył, według zgodnych i chyba wiarygodnych świadectw nie pozbawionym pewnych cnót naturalnych, takich jak osobista bezinteresowność, odwaga, energia, talent organizacyjny. Jego hagiografowie akcentują zwłaszcza „wrażliwość społeczną” i pochylanie się nad krzywdą ludzką. Nie dziwota: przecież „miłość do człowieka” (abstrakcyjnego) to odwieczna specialité de la maison lewicy; taki Rousseau też rozczulał się nad losem ludzkości i też ranił konkretnych ludzi: tak najbliższych sobie w realnym ordo caritatis i przyjętego obowiązku, jak tych, których inny, lecz równie obiektywny, obowiązek zabraniał dotykać i dzielić.
Lecz czy sprawa, której Kuroń służył, była sprawą polską, i czy idea, którą wyznawał, była ideą polską?
Otóż nie! Jacek Kuroń nie tylko wywodził się z kosmopolitycznej formacji komunistycznej, ale przez całe życie pozostawał w kręgu idei marksowskiej, z zasady obcej i ojczyźnie, i prawdziwej tradycji okcydentalnej (łacińskiej) i samej Prawdzie – katolickiej. Ewoluował może w szczegółach, zmieniał odcienie tej ideologii, ale zawsze w obrębie tego samego ideologicznego paradygmatu, zawsze po tej samej, socjalistycznej trajektorii światopoglądowej. Celowo nie będę brał tu pod uwagę jego PZPR-owskiej i stalinowskiej młodości, bo szkoda mi czasu na wysłuchiwanie w odpowiedzi mantry o „złudzeniach młodego idealisty” i jego „zawiedzionych nadziejach” na sprawiedliwość społeczną, czy o „odkupieniu” błędów młodości przez bohaterskie działanie w opozycji, martyrologię więzienną itd. itp. Dobrze, poprzestańmy na oglądzie Kuronia – opozycjonisty.
Do tej biografii opozycyjnej należy tym bardziej nawiązanie kontaktów z trockistowską IV Międzynarodówką i w następstwie tegoż, dumnie odnotowywane w każdym leksykonie, pierwsze jawnie opozycyjne wystąpienie Kuronia (wspólnie z Karolem Modzelewskim), czyli sławny List otwarty do partii z 1965 roku, które obaj autorzy przypłacili także uwięzieniem.
W warstwie „pozytywnej” zaś List do partii to czysty ekstrakt trockistowskiej utopii, z władzą „rad robotniczych” i zastąpieniem wojska „strażą robotniczą”, czuwającą nad wyrzutniami rakietowymi, umieszczonymi w zakładach przemysłowych.
Matrycą ideologiczną, która w latach 60. wypełniła treść opozycyjności dysydentów pokroju Kuronia i Modzelewskiego był, jak już wspomniano, trockizm. Jest to poniekąd nawet zrozumiałe, ponieważ rozczarowanym praktyką zwolennikom prawdziwego socjalizmu trockizm dawał najbardziej radykalną, efektowną i kompletną odpowiedź na dręczące ich wątpliwości.
Przekonania Kuronia i jego środowiska
mieściły się wciąż w obrębie ideologicznego paradygmatu socjalizmu – „z ludzką twarzą”, „demokratycznego”, „samorządowego”, wszystko jedno, ale zawsze socjalizmu. Jego działalność po 1976 roku była zatem w dalszym ciągu kolejnym etapem „wojny domowej”, „rodzinnego sporu” uczniów Marksa o kształt, w jaki należy przyoblec spełnienie jego utopii. Co gorsza, zgodnie z logiką konwergencji, rezultatem równoległego zwycięstwa eurokomunistów zachodnich oraz „opozycji demokratycznej” na Wschodzie mogło być zapanowanie w całej już Europie – „od Atlantyku po Ural” – jednolitego systemu „socjalizmu demokratycznego”, co w wypadku Zachodu byłoby pewnym przejściem od złego (demoliberalizm) do jeszcze gorszego, a w wypadku Wschodu jedynie hipotetycznym, właściwie zupełnie iluzorycznym, odjęciem cząstki zła najgorszego (komunizmu totalitarnego).
Twierdzenie, że Kuroń z tego okresu był już antykomunistą, tym bardziej antysocjalistą, jest nie tylko nieprawdziwe „obiektywnie”, ale stanowi fałszowanie jego autentycznych przekonań. Jego działania i wypowiedzi, na czele z Zasadami ideowymi, choć pokrętne i mętne (nawet jego wielbiciele niekiedy półgębkiem przyznają, że pisarz i teoretyk był z niego marny), dość wyraźnie ukazują człowieka wciąż myślącego kategoriami marksizmu. Co najwyżej, daje on wyraz lekceważeniu urzędowej wykładni ideologii, jako już martwej, ale w zamian za to pojawia się wyraźnie określony prawdziwy wróg ideowy na dziś i na jutro, którego trzeba traktować poważnie, to znaczy go bez pardonu zwalczać – nacjonalizm.
Kuroń bezceremonialnie – co sam podkreślał – wyśmiał „anachronizm” i niesłuszność antybolszewizmu, wyjaśniając, że celem „opozycji demokratycznej” w żadnym wypadku nie jest obalanie socjalizmu – ustroju przecież i najlepszego z możliwych, i bezalternatywnego.
Autentycznie socjalistycznym, poglądom Kuroń pozostał wierny do końca, także jako minister pracy w III Rzeczypospolitej; przecież nawet nie próbował ukrywać, że kapitalistę trzeba wyhodować i utuczyć po to, aby było go z czego potem obrabować, „rozdając biednym”.
Skoro nie wolnej Polski, to czego „budowniczym” był Jacek Kuroń? Odpowiedź nie będzie „odkrywcza”, lecz raczej oczywista:
POSTPEERELU. Państwa, które nie tylko pod względem prawnym zachowuje ciągłość z tą formą zagranicznego i ideologicznego władztwa nad Polską i Polakami, jaką był PRL, i nie tylko – co na pierwszy rzut oka powszechnie jest dostrzegalne – zostało urządzone tak, aby dawnym właścicielom „Polski Ludowej” było jak najlepiej. Owszem, nie ma w nim, dzięki Bogu, ruskich czołgów, komitetów partyjnych, SB i gospodarki nakazowo-rozdzielczej; nikt tego nie kwestionuje. Jednak jest to również państwo, w którym „święta i nietykalna” pozostaje wciąż „własność” zrabowana „klasom wyzyskującym”; w którym Konstytucja wskazując źródło prawa stawia Panu Bogu (malutką) świeczkę i diabłu (wielki) ogarek; w którym ściga się za „antysemickie” felietony, a „czerwone oberże” uchodzą za sympatyczny folklor; w którym zapraszanie sodomitów do szkół stanowi wzorzec normalności, a próba przeciwdziałania demoralizacji za dyktat ideologii nienawiści; można by tak w nieskończoność.
W Panteonie narodowym wielkich Polaków dla Jacka Kuronia – i któregokolwiek z dysydentów marksistowskiej ortodoksji – nie powinno być więc miejsca. Nie wadziłby mi kult prywatny wielbicieli „Jacka”, co innego jednak kult publiczny. Jednak nie oznacza to, iżbym popierał pomysł pośmiertnego odbierania mu Orderu Orła Białego; to jednak trochę tak jak rozkopywanie grobów, co jest kwestią smaku. Trudno, stało się, w ten sposób też nie „naprawi się” historii; zresztą, iluż to niezasłużonym, czy wręcz niegodnym, kawalerom tego orderu z XVIII wieku także należałoby wówczas go odebrać.
Od siebie dodam, że J.Kuroń nie jest bohaterem z mojej bajki, jak również nie jest dla mnie autorytetem moralnym, bo ani jednym, ani drugim, być nie może.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)