
Zagrożeniowcy i innych sortów fundamentaliści katoliccy, protestanccy i podobni mają swój własny kalendarz „liturgiczny”. Pierwszym większym wydarzeniem jest zawsze Halloween, o którym wypisują wszystko co najgorsze. Od jakichś dwóch lat kolejną batalię wytaczają przeciw Andrzejkom. Nie za bardzo wiadomo czemu, bo Andrzejki od lat zamierają, podążając za swoim bliźniaczym świętem, czyli Katarzynkami, o których nikt już poza etnologami nie pamięta. A właściwie zamierały, bo ofensywa fundamentalistów może je ożywić. Taki paradoks.
Ale Andrzejki już minęły, zaczął się Adwent i przyszła pora na walkę z „Magią Świąt” (taką jak w obrazku powyżej). A w zasadzie walkę z bogactwem języka polskiego. Bo słowo „magia” ma w języku polskim więcej niż jedno znaczenie, czego fundamentaliści zdają się nie zauważać. Zerknijmy więc do Słownika języka polskiego PWN:
magia
«ogół wierzeń i praktyk opartych na przekonaniu o istnieniu mocy nadprzyrodzonych, które można opanować i wywoływać za pomocą zaklęć, obrzędów i czarów»
«niezwykła siła oddziaływania»
«zniewalający urok jakichś miejsc lub osób»
Fundamentaliści mają rację mówiąc, że Święta Bożego Narodzenia nie mają nic wspólnego z magią w sensie pierwszym. Ale znaczenie drugie i trzecie jak najbardziej do tych świąt pasują. Boże Narodzenie ma od wieków niezwykła siłę oddziaływania i zniewalający urok. I nie ma w tym nic sprzecznego z chrześcijaństwem. Niezwykła siła oddziaływania i zniewalający urok Świąt Bożego Narodzenia tkwią bowiem w Tym, który jest tych świąt Istotą – w narodzonym Jezusie Chrystusie.
Nie walczmy więc z magią świąt, tylko interpretujmy ją po katolicku.



Komentarze
Pokaż komentarze