Miłościwie nam panujący Donald Tusk obiecał jak najszybsze wyjaśnienie przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu TU-154. Wcześniej pisałem już o tym, jak wygląda sprawa „umowy”, jaką mieli zawrzeć między sobą premierzy Polski i Rosji, umowy, która z formalno-prawnego punktu widzenia nie mogła zaistnieć. Dziś natomiast chciałbym napisać parę słów o tym, jak szybko wyjaśniają się przyczyny wypadku i jak dba się o dowody w sprawie. Jak to w Polsce jest: jak rząd mówi, że weźmie, to weźmie, a jak mówi, że da to mówi. Tak też jest w tym przypadku, jak mówi, że wyjaśni, to mówi. Pierwszą rzeczą, którą dostaliśmy od Rosjan był zapis czarnych skrzynek samolotu. Zapis ten, tak nieudolnie zrobiony, musieli jeszcze poprawiać nasi specjaliści po otrzymaniu drugiej części materiałów, t. j. samych czarnych skrzynek. Kolejną część materiałów dostaliśmy po dłuższym czasie i dopiero niedawno została ona przetłumaczona. Jeszcze jedną przywiózł dopiero minister Klich, bo Rosjanom nie bardzo się spieszyło z ich wysłaniem. Ostatnia (raport? – proszę mnie poprawić, jeśli źle piszę) czeka na wysłanie pocztą dyplomatyczną, po tym jak zostanie napisana. Tak mniej więcej przedstawia się szybkość wyjaśniania przyczyn tragedii pod Smoleńskiem. A dowody? Tutaj też premier Tusk obiecał ich zabezpieczenie, na miejsce mieli nawet jechać polscy archeolodzy. O archeologach dawno nie słyszałem, proszę mnie uświadomić, jeśli pojechali, a zabezpieczenie dowodów? Jak podaje Niezależna.pl na podstawie wywiadu, jaki stacji radiowej RMF FM udzielił płk Tomasz Pietrzak: dowody leżą „odłogiem”. Wrak samolotu tak, jak został zwieziony na miejsce starych hangarów tak do dnia dzisiejszego tam leży, pod gołym niebem, narażony na wszelkie czynniki pogodowe. To się dopiero nazywa zabezpieczenie! Czy rdza wyprzedzi nas w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy?
fot. se.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (4)