Romuald Szeremietiew Romuald Szeremietiew
234
BLOG

Główny problem 2026.

Romuald Szeremietiew Romuald Szeremietiew Polityka Obserwuj notkę 31

image

Główny problem to kluczowa, trudna sytuacja lub pytanie wymagające znalezienia rozwiązania. Odnosi się do najważniejszej kwestii, którą należy rozstrzygnąć w danej sprawie, często określany jako kluczowy punkt (stitching point). 
………………………………..
Bałtyk po wstąpieniu do NATO neutralnych dotąd Szwecji i Finlandii stał się niejako morzem wewnętrznym Sojuszu Północnoatlantyckiego skoro na wszystkich brzegach tego morza znajdują się obecnie państwa członkowie NATO. 
Jest jednak jeden istotny wyjątek- Rosja, która  jest jednym z ośmiu państw, które graniczą z Bałtykiem. Ma dostęp do tego morza poprzez swoje terytoria, w tym główny port w Sankt Petersburgu w Zatoce Fińskiej oraz strategiczną eksklawę, Obwód Kaliningradzki (Królewiec) i posiada tam Flotę Bałtycką. 

Na Bałtyku operują rosyjskie okręty z wyrzutniami rakiet, które mogą przenosić głowice nuklearne na odległość 2500 km. Można z nich razić cele na terenie całej Europy Środkowej od Skandynawii na północy po Bałkany na południu. 
Moskwa potwierdza, że w „kaliningradzkiej obłasti” znalazły się taktyczne rakiety Iskander, które też mogą przenosić ładunki jądrowe na odległość 500 – 700 km. W obwodzie są też wyrzutnie najnowocześniejszych rakiet przeciwlotniczych S-400 Trumf zdolnych strącać samoloty w promieniu 400 km. Trafiły tam systemy Bastion uzbrojone w naddźwiękowe rakiety Oniks o zasięgu 600 km, przeznaczone do zwalczania celów na morzu. 

Rakietowa powietrzno-morsko-lądowa „triada”, jaką Rosjanie zainstalowali w obwodzie kaliningradzkim oznacza realizację rosyjskiej koncepcji strategicznej nazywanej w NATO Anti-Access/Area Denial, A2/AD (Strefa Zakazanego Dostępu). Zgodnie z nią wojska NATO nie mogą się pojawić na określonym przez Rosję obszarze, nie narażając się na bolesne straty. W tym wypadku dla Rosjan tą  „strefą zakazaną” jest Bałtyk i północno-wschodnia Polska, przez którą Sojusz w razie inwazji rosyjskiej na państwa bałtyckie musiałby przerzucać posiłki. Z Kaliningradu może więc Putin uderzyć w cele natowskie poczynając od cieśnin duńskich na Bałtyku, a kończąc na terenie całej Polski i oczywiście innych państw nadbałtyckich.

Rosja w swoim arsenale posiada sporo „taktycznej broni jądrowej”, ładunków o małej mocy, które wg doktryny rosyjskiej mogą posłużyć do uderzeń w przypadku, gdyby rosyjskie siły konwencjonalne nie dawały sobie rady w boju. W czasach Układu Warszawskiego taktyczne środki nuklearne miały umożliwić działania w rozwijaniu ofensywy na Zachód, w kierunku Atlantyku i Kanału La Manche. Sztab Generalny „Ludowego” Wojska Polskiego np. przewidywał na potrzeby ofensywy w kierunku Danii 123. uderzenia jądrowe na mniejsze i większe cele. Dziś - warto sobie uświadomić - użycie takiego „małego atomu” według Rosji jest też dopuszczalne. Możliwe jest skorzystanie z taktycznych środków jądrowych bowiem ich mała moc nie będzie stanowić zagrożenia w wymiarze strategicznym, np. dla USA i tym samym nie wywoła światowego konfliktu nuklearnego. Rakieta taktyczna z głowicą atomową wystrzelona z rosyjskiej wyrzutni w Kaliningradzie nie doleci do Waszyngtonu i Amerykanie o tym dobrze wiedzą. Stąd użycie taktycznej broni jądrowej nie wywoła światowej wojny atomowej – takie założenie przyjmuje się na Kremlu.
Rosja wypracowała też formułę tzw. deeskalacji konfliktu. Oznacza to, że na początku Rosjanie używają mocnego, ale ograniczonego uderzenia (konflikt z Gruzją), a następnie deklarując chęć zakończenia konfliktu negocjuje tak, aby coś zyskać (Abchazja, Osetia Płd.). Teraz taką grę prowadzą Moskale z Zachodem na Ukrainie. 

Kreml uważa, że przy pomocy takich deeskalowanych konfliktów stopniowo odbuduję swoją strefę wpływów na terenie „bliskiej zagranicy”. Przy tym użycie wojska w takiej operacji ma znaczenie nie tylko w fazie wywołania konfliktu, ale też dla zapewnienia Rosji silnej pozycji w negocjacjach. Używanie sił zbrojnych ma jednak pewne istotne ograniczenie. Rosja zdaje sobie sprawę, że nie miałaby szans w konflikcie zbrojnym z NATO – zwłaszcza przewaga Amerykanów, także w siłach konwencjonalnych, jest miażdżąca. Dlatego Putin stara się „oszczędnie” używać silę nie doprowadzając do otwartej wojny z Zachodem. Jak dotąd zdolności w obszarze broni nuklearnych, gdzie Rosja ma porównywalne moce z USA, pozwalają jej na wykonywanie operacji zbrojnych pod osłoną szantażu atomowego. 

Jakiś czas temu pojawiły się wiadomości, że Rosjanie rozmieszczają broń atomową w pobliżu granic państw będących w NATO; głównie Polski (Kaliningrad), ale też Rumunii (Krym), państw nadbałtyckich. W trakcie manewrów wojsk rosyjskich rozgrywanych na terenie Białorusi i zachodniej Rosji w scenariuszach ćwiczeń „Zapad” znajduje się użycie taktycznej broni jądrowej. W Rosji jednocześnie buduje się wiele schronów przeciwatomowych. Miały miejsce ćwiczenia obrony cywilnej, która zajmuje się ochroną ludności w czasie wojny, w tym zwłaszcza wojny atomowej. Jak podawały media w tych ćwiczeniach brało udział 40 milionów obywateli Rosji.

Rosja wyraźnie pokazuje Zachodowi, że przygotowuje się do wojny atomowej – groźby użycia broni atomowej muszą być przecież wiarygodne. 

Pojawiają się też ze strony Rosji zarzuty, że NATO jej zagraża i Rosjanie będą zmuszeni do obrony z użyciem sił nuklearnych. Przy tym strona rosyjska podnosi, że uderzenia taktyczną bronią nuklearną nie dotkną państw, które dysponują własnymi arsenałami jądrowymi, ale będą wymierzone w ich sojuszników, którzy tej broni nie posiadają. To według Kremla minimalizuje prawdopodobieństwo odwetu ze strony mocarstw, które posiadają własny, strategiczny arsenał jądrowy i pozwoli zakończyć konflikt na rosyjskich warunkach, według wspomnianego wzorca deeskalacyjnego. 

Moskwa uważa, że obawa przed wybuchem wojny atomowej powinna skłonić Zachód do ustępstw.. Gdyby jednak Zachód sugestii „nie poniał”, to Kreml dopuszcza użycie taktycznej broni atomowej w jakimś konflikcie (ograniczone co do mocy i miejsca) co umożliwiłoby Rosjanom uruchomienie procesów negocjacyjnych, w których silna Rosja mogłaby uzyskać spodziewane korzyści. Mówi brytyjski generał Richard Shirreff: „Oni [Rosjanie] rzeczywiście prowadzą tego typu grę - jakby nie zauważali, że w tego typu rozgrywkach stawka idzie w górę bardzo wysoko, bo naprawdę pojawia się ryzyko, że w końcu obie strony zaczną na siebie zrzucać bomby nuklearne. W takiej sytuacji zagrożona będzie nasza egzystencja”.

Deklaracja Putina, że Rosja chce pokoju (pokój w jez. rosyjskim to mir) nie chce wojny może być prawdziwa. Clausewitz w swojej fundamentalnej pracy o sztuce prowadzenia wojny zauważa, że agresor zawsze jest nastrojony bardzo pokojowo – chciałby uzyskać zdobycze bez oporu. Kreml bez wątpienia wolałby poszerzać swoją strefę wpływów bez wojny i za aprobatą Zachodu, przestraszonego wizją spadających na europejskie miasta rosyjskich rakiet z głowicami atomowymi. Jeśli Zachód nie zechce jednak ustępować, nie wystraszy się, to Moskwa może uznać, że bez spektakularnego uderzenia atomową bronią taktyczną np. na Ukrainie, na Litwie, Łotwie, czy może nawet w Polsce nie będzie negocjacji i ustępstw ze strony Zachodu.

image

W tej sytuacji wiele będzie zależeć od Polski – na ile będzie ona wiarygodna prezentując swoje zdolności militarne, aby wybić Moskalom z głowy zamiary użycia „małych atomówek” w naszym regionie?

Czy to będzie naszym głównym problemem/kłopotem w Nowym 2026 roku?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (31)

Inne tematy w dziale Polityka