W starciu dwóch kandydatów PO, wielkim faworytem był Bronisław Komorowski. Wystarczyły jednak trzy tygodnie, żeby sytuacja uległa zmianie: dzięki serii sprytnych posunięć Sikorskiego, wynik prawyborów jest teraz trudny do przewidzenia. Przede wszystkim, szef MSZ wkręcił do swojej kampanii obu braci Kaczyńskich. Nie jest tajemnicą, że są to politycy skrajnie niepopularni w Platformie. Tymczasem, od pewnego czasu, Sikorski – bardzo konsekwentnie – pracuje na wizerunek ich głównego przeciwnika, a nawet śmiertelnego wroga.
Na szczególną uwagę zasługuje wykorzystanie pseudo-afery hakowej. Przypomnijmy, że wszystko zaczęło się od wywiadu prezesa PiS w „Newsweeku”, w którym J. Kaczyński ostro zaatakował obu polityków starających się o nominację PO. Na korzyść Sikorskiego zagrał fakt, że jego wątek został uwypuklony przez dziennikarzy tygodnika w – wysoce oryginalnym – streszczeniu, które przyczyniło się do rozdmuchania afery. Można jednak sądzić, że szef MSZ skorzystałby z okazji do auto-promocji, także wtedy, gdyby żadnego streszczenia nie było.
Tak czy inaczej, Sikorski odpowiedział kontratakiem, który zakończył się podwójnym sukcesem: prezes Kaczyński nie mógł uzasadnić swoich zarzutów z Newsweeka, a ponadto – wciągnął do afery prezydenta. Rozgrywając ten konflikt, Sikorski zaangażował po swojej stronie premiera Tuska, czym zyskał kolejne punkty w oczach ludzi PO, którzy zdecydują o prezydenckiej nominacji. Znane powiedzonko mówi o myśliwym, który jednym strzałem położył dwa zające. Pan Sikorski dokonał więcej bo na różne sposoby ustrzelił całą trójkę, a ta trójka to gracze z najwyższej ligi – przynajmniej w Polsce. Potem nadszedł czas zająca czwartego, czyli Palikota. Po serii anty-Sikorskich wypowiedzi, Palikot – niczym uczniak – został skłoniony do poczynienia stukrotnej inskrypcji o treści: „Nasz kandydat Radosław Sikorski” (poseł z Lublina utrzymywał wcześniej, że Sikorski jest „kandydatem PO-PiS-u, a może nawet PiS-u”).
Wszystko to dowodzi, że - jeśli chodzi o talent do intryg - Sikorski bije Komorowskiego na głowę. W opisanych zdarzeniach Komorowski był niemal statystą, a jego aktywność koncentrowała się na tłumaczeniach po niedźwiedzich przysługach Palikota.
Poza tym Komorowski nie jest w stanie zneutralizować mocnych stron Sikorskiego, polegających na znajomości świata i języków. Są to pożądane cechy prezydenta, które Sikorski ma, a Komorowski - niekoniecznie. Można się spodziewać, że szef MSZ będzie eksploatował tę różnicę do końca kampanii przed wewnętrznym głosowaniem w PO.
Atuty Komorowskiego to, dla odmiany, poparcie części wysokiego aparatu Platformy oraz osób, które uchodzą w tej partii za autorytety. Chodzi oczywiście o Lecha Wałęsę i Władysława Bartoszewskiego; ostatnio poparcie dla marszałka zadeklarował też Tadeusz Mazowiecki. Gdyby po drugiej stronie stał zwykły polityk PO – równie bezbarwny jak Komorowski – wynik byłby przesądzony. Jest jednak inaczej, bowiem po drugiej stronie stoi Sikorski, a więc facet, który potrafi zakręcić debatą równie sprawnie, jak Maradonna kręcił kiedyś obrońcami Anglii. W efekcie, debata uwypukla zalety Sikorskiego i obnaża słabości konkurenta.
Marszałek najwyraźniej to dostrzegł i postanowił odwrócić złą passę. Skutkiem tego postanowienia była nieoczekiwana wrzutka w postaci zapłodnienia in vitro. Komorowski zadeklarował się jako zwolennik tej metody i wezwał Sikorskiego, by sam też ujawnił swoje poglądy na ten sam temat. Koncept – jak się zdaje – polegał na tym, żeby odwrócić uwagę od spraw, w których góruje Sikorski, a na dokładkę – postawić go w niezręcznej sytuacji. Jak wiadomo, Platforma jest w sprawie in vitro podzielona. Dominuje stanowisko, wedle którego dostęp do tej metody powinien być możliwie szeroki, zaś ewentualna ustawa – z grubsza – podporządkowana zasadzie skuteczności. Czasem jednak wychodzi z ukrycia niby-frakcja Gowina, która gotowa jest poprzeć in vitro, ale z dużymi ograniczeniami. Wiadomo skądinąd, że w zarządzie Platformy Sikorski ma niewielu zwolenników, a wśród tych niewielu jest właśnie Gowin. Gdyby Sikorski przyjął większościowy pogląd w sprawie in vitro, to mógłby utracić poparcie ważnego sojusznika. Gdyby zaś przyjął pogląd mniejszościowy, to można byłoby go przedstawiać jako wstecznika, który szykuje „drugi Iran”. Wydaje się jednak, że ta pułapka nie jest groźna i daleko marszałka nie zaprowadzi. Dlatego już niedługo wrócimy do mniej zawikłanych wątków, jak znajomość języków oraz stosunków międzynarodowych. A Komorowski znów będzie w defensywie...


Komentarze
Pokaż komentarze (2)