„Nikt mnie nie wyprzedzi w pomniejszaniu uprawnień Prezydenta” – mógłby o sobie powiedzieć Radosław Sikorski. Nieco innymi słowami zwrócił na to uwagę bloger marcins. Ja zaś przypomnę, że praktyka sztucznego, niekonstytucyjnego obniżania pozycji Prezydenta ma w Polsce długą tradycję. Rozpoczął tę praktykę marszałek Piłsudski w 1926 r., kiedy najwyższy urząd w państwie oddał Ignacemu Mościckiemu. Aż do śmierci Marszałka prezydentura była synekurą, której istota sprowadzała się – jak w charakterystyce Tuska – do prestiżu, zaszczytu, żyrandola i pałacu. Co prawda, Tusk wspomniał też o prezydenckim wecie, ale do 1935 r. Prezydent nie miał nawet tego, bo obowiązywała ultra-demokratyczna konstytucja marcowa. Weto pojawiło się dopiero w konstytucji kwietniowej, ale – o ile się nie mylę – Mościcki z tego prawa nie korzystał. Wejście w życie tej konstytucji (24 kwietnia 1935 r.) niemal zbiegło się w czasie ze śmiercią Marszałka (12 maja 1935 r.). Jedno i drugie sprawiło, że znaczenie Mościckiego urosło, ale nie na tyle, by miało cokolwiek wspólnego z rolą Prezydenta, wynikającą z formalnych zasad ustrojowych. De facto pierwszą osobą w państwie był marszałek Rydz.
Pozycja Prezydenta została jeszcze bardziej ograniczona po klęsce wrześniowej i powołaniu władz na uchodźstwie. Mościcki przekazał prezydenturę Raczkiewiczowi, a ten powołał rząd z premierem Sikorskim ... Władysławem. Jednocześnie, prezydent Raczkiewicz (też Władysław) zadeklarował, że swoje uprawnienia będzie wykonywał w ścisłym porozumieniu z premierem. Efekt był taki, że realną władzę uzyskał premier, zaś prezydent stał się – z grubsza – figurantem. Nie odegrał większej roli do końca wojny. Dlaczego tak się stało? Wyjaśnienie jest proste: Raczkiewicz był reprezentantem tzw. sanacji, którą obciążano odpowiedzialnością za przegraną wojnę. Sanacja była też adresatem pretensji, jakie każda opozycja kieruje względem dyktatury. Krótko mówiąc, większość emigracyjnych polityków uważała, że „sanatorzy” są gremialnie skompromitowani. Nie bez znaczenia były też wpływy Francji i Anglii, a więc państw, które – w różnych okresach – gościły naszych emigracyjnych przywódców. Zarówno Francuzi, jak i Anglicy jednoznacznie popierali Sikorskiego i jego następcę Mikołajczyka. Jedni i drudzy pozwalali sobie na otwarte ingerowanie w rozgrywki między Polakami: zawsze na rzecz obozu rządowego, przeciw obozowi prezydenckiemu.
Co z tego wynika? – Wychodzi na to, że mamy dziwną tendencję do niepoważnej praktyki ustrojowej. Polega ona na tolerowaniu sytuacji, w których ważne lub wręcz najważniejsze organy państwowe zachowują się tak, jakby ich formalne uprawnienia nie istniały. Wbrew pozorom – z wyjątkiem casusu na wpół fikcyjnej prezydentury Raczkiewicza – nie tłumaczą tego żadne nadzwyczajne okoliczności. Nikt nie zakazywał Piłsudskiemu wyjaśnienia sytuacji przez objęcie prezydentury. W ostatnich zaś latach nie było żadnych nadzwyczajnych powodów do ustanawiania „rządów z tylnego siedzenia”widzianych za Buzka i Marcinkiewicza. Powstawanie tego typu konstrukcji to – niemal zawsze – wynik pokrętnych kalkulacji jakiegoś lidera i szkodliwego przyzwolenia wszystkich pozostałych.
Dzisiaj lider – czyli Tusk – uważa, że prezydent powinien się ograniczyć do czyszczenia żyrandoli i wara mu od polityki wewnętrznej. Jeżeli zaś należy do przeciwnego obozu, to byłoby też dobrze, gdyby się trzymał z dala od polityki zagranicznej... Stąd też dziwne współzawodnictwo wśród kandydatów PO, licytujących się, który wykorzysta mniej uprawnień prezydenckich. Debata ujawniła, że - póki co - licytację wygrywa Radosław Sikorski. Odnoszę jednak wrażenie, że prezydentury mu to nie da. Nie chodzi o to, że Polacy nagle uznali wyższość rządów konstytucji nad rządami nieformalnych porozumień (by nie rzec: układów). Tak dobrze, to raczej nie jest. Mogą jednak uznać, że Sikorski uprawia brzydką wazelinę, a tego nie lubiano nigdy – nawet jeśli adresat tych zabiegów cieszył się sympatią. Czynię te konstatacje z pewnym smutkiem, bo sądziłem, że szef MSZ – mimo różnych zastrzeżeń – jest ciekawym kandydatem.


Komentarze
Pokaż komentarze