Zmienił się, czy się nie zmienił? – oto pytanie, które intryguje wielu komentatorów, a także wyborców. Jedni, jak pan Janke, widzą wielką zmianę, bo prezes mówi o porozumieniu, kompromisie oraz zgodzie i pojednaniu. Inni – zwłaszcza ze ścisłego kręgu PO – wyśmiewają te oceny i przewidują, że obraz „nowego Kaczyńskiego” jest sztuczny i rozbije się po pierwszym poważnym konflikcie.
Jeśli o mnie chodzi, skłonny jestem przypuszczać, że zmiana prezesa Kaczyńskiego – jego podejście do ludzi, współpracowników i oponentów – jest faktem dokonanym. Byłoby zresztą dziwne, gdyby taka zmiana nie nastąpiła, zważywszy że pan prezes nie jest cyborgiem tylko żywym człowiekiem. Jeśli jednak szukać dowodu, że ten człowiek się zmienił, to jego własne wypowiedzi nie są świadectwem całkowicie wiarygodnym; nie jest bowiem tajemnicą, że doświadczony polityk może powiedzieć wszystko, co da mu szansę na zdobycie poklasku. Inna sprawa, że trzeba do tego wyczucia, które w przeszłości często prezesa zawodziło. Przykład słynnej wypowiedzi o internautach mówił sam za siebie.
Teraz wrażenie jest inne. W wywiadzie dla Salonu 24 Prezes namawia do zgody, co – jak się zdaje – trafia w gusta Polaków bez pudła. Kaczyński robi też coś, co należy do abecadła demokracji, ale dawniej uważał to za stratę czasu. Chodzi o kokietowanie różnych grup społecznych za pomocą niezobowiązujących uprzejmości. Podczas wspomnianego powyżej wywiadu, prezes znalazł miłe słówko dla przedsiębiorców, wyraził szacunek dla pielęgniarek i lekarzy, ucieszył się z rosnącej liczby studentów, a nawet przypomniał, że w „Solidarności” byli ludzie z PZPR. Były premier nie omieszkał też docenić roli prywatnych szpitali, choć dotąd – w retoryce PiS – placówki te występowały raczej w kontekście afer, „kręcenia lodów” i posłanki Sawickiej. Generalnie, pan Kaczyński robi to, czego należałoby oczekiwać od inteligentnego polityka po wielkim nieszczęściu – narodowym i osobistym.
Ale czy aby na pewno się zmienił? Spekulując na ten temat, warto – niezależnie od wypowiedzi samego Kaczyńskiego – zwrócić uwagę na świadectwa zewnętrzne. W tym właśnie kontekście intrygujący jest wywiad, jakiego – w ostatnich dniach – udzielił „Rzeczpospolitej” dr Marek Migalski. Treść wywiadu jest konwencjonalna: sondaże były zawsze nieprzychylne PiS-owi, Kaczyński ma szanse na wygraną, a prawda o Komorowskim nie będzie korzystna dla marszałka. Uderza w tym wywiadzie jedno: kiedy pan Migalski opowiada o swoim ulubionym polityku, to – kilkakrotnie – używa imienia „Jarosław” bez dodawania nazwiska. Oznaczałoby to, że jest ze swoim szefem na „ty”, czy też – mówiąc innymi słowy – ma z nim relacje koleżeńskie.
O ile pamiętam, do tej pory, spośród polityków PiS, na takie postępowanie pozwalał sobie publicznie tylko Ludwik Dorn. Teraz kręgi koleżeństwa uległy rozszerzeniu, a partia zanurzyła się w morzu wielostronnej poufałości. Jak to ujął dr Migalski, „jeżeli PiS będzie w przyszłości taki jak Joasia [Kluzik-Rostkowska], to nie tylko Jarosław zostanie prezydentem, ale i partia wróci do władzy.”
Komentarze
Pokaż komentarze (32)