0 obserwujących
62 notki
100k odsłon
729 odsłon

Żałosne bohaterstwo korespondentów wojennych

Wykop Skomentuj1


Klasyczny „korespondent wojenny” kojarzy mi się z facetem z Wiadomości, który jedzie przez irackie miasteczko w amerykańskim wozie pancernym, a potem filmuje jak żołnierze rozdają pluszowe misie miejscowym dzieciom. Dlatego zwróciłem uwagę na tekst Fiska.


Prezydenci, premierzy, ambasadorzy witali na lotniskach dziennikarzy, którzy wrócili z syryjskiego Homs. Robert Fisk, weteran dziennikarstwa, bliski obserwator największych konfliktów, napisał w związku z tym tekst, w którym mowa o ośrodkach władzy.    


Żałosne bohaterstwo korespondentów wojennych


Robert Fisk

The Independent, 3 marca 2012

Trzeba było sporej odwagi, żeby pojechać do Homs. Najpierw Sky News, potem BBC oraz kilku odważnych mężczyzn i kobiet, którzy pojechali tam, by świadczyć o cierpieniach miasta i którzy – co najmniej dwie osoby – sami ucierpieli. Ale w zeszłym tygodniu myślałem o tym jak szybko zapamiętaliśmy nazwisko rannego Paula Conroya, niesfornego brytyjskiego fotografa, podczas gdy niczego nie dowiedzieliśmy się na temat trzynastu syryjskich ochotników, którzy zginęli próbując go ratować. To oczywiście nie jego wina. Jednak zastanawiałem się czy znamy nazwiska tych męczenników, o ile w ogóle mamy zamiar je znać.
 

Wszystko to czuć trochę kolonializmem. Tak przywykliśmy do wyczynów tych hollywoodzkich wersji korespondentów „wojennych”, że w zasadzie stali się ważniejsi od ludzi, o których mieli mówić. Hemingway prawie wyzwolił Paryż – może właściwie Harry’s Bar – ale kto z naszych czytelników pamięta nazwisko tego czy tamtego Francuza zabitego w walce o miasto? Co do mnie nie zapomniałem Terry’ego Lloyda, mego kolegi z telewizji zabitego przez Amerykanów w Iraku, w 2003 r. Ale kto wymieni nazwisko jednego z 250 000 czy 500 000 Irakijczyków zabitych w czasie inwazji (poza Saddamem Husajnem oczywiście)? W tym samym roku korespondent Al-Dżaziry  zginął w Bagdadzie w czasie amerykańskiego nalotu. Ręka do góry, jeśli ktoś pamięta jego nazwisko. Odpowiedź: Tarik Ajub. Był Palestyńczykiem, widziałem go w przeddzień jego śmierci.

Atrybut

Kamizelka kuloodporna jest dziś symbolem niemal wszystkich dziennikarzy obecnych w strefach wojny. Nie mam nic przeciwko. Nosiłem taką w Bośni. Jednak spektakl reporterów w kamizelkach robiących wywiady z ofiarami wojny, które nie korzystają z takiej ochrony, wywołuje we mnie rosnące zażenowanie. Wiem, że ubezpieczyciele nalegają, by korespondenci i ich ekipy były w ten sposób zabezpieczone. Ale na ulicach widać coś innego: życie zachodnich dziennikarzy ma jakby więcej wartości, jest z założenia cenniejsze, bardziej godne ochrony, niż „obcych” cywilów cierpiących wokół. Lata temu, w czasie ostrzału artyleryjskiego Bejrutu, poproszono mnie o włożenie kamizelki – dziennikarz telewizyjny, sam odziany w pięciokilową zbroję, chciał przeprowadzić ze mną wywiad. Odmówiłem. Nie było wywiadu.

W końcu lat dziewięćdziesiątych byliśmy świadkami podobnego i równie żenującego zjawiska. Jak reporterzy „stawiali czoła” wojnie? Czy trzeba im „pomocy psychologicznej”, by mogli uporać się z okropnymi doświadczeniami? Czy powinni „przeżyć swoją żałobę”?  Press Gazette poprosiła mnie o komentarz. Powiedziałem nie. Dziennik opublikował jednak długi artykuł o traumach dziennikarzy z sugestią, że ci, którzy „odmawiają pomocy” są alkoholikami. Były tylko dwa rozwiązania: psychiatrzy albo flaszka. Tymczasem bezlitosna prawda jest taka, że dziennikarze wielkich mediów mogą odlecieć pierwszym samolotem, kiedy coś idzie nie tak, w biznes-klasie, z kieliszkiem szampana w dłoni. Zostawiają za sobą ludzi pozbawionych kamizelek kuloodpornych, z paszportami, których nikt nie chce oglądać, bo są bez wiz. Pomocy potrzebują raczej ci, którzy robią co mogą, by ich rodziny nie utopiły się we krwi.
 

Komiks


Romantyzm związany z korespondentami „wojennymi” był krzykliwy już w czasie przygotowań do wojny w Zatoce w 1991 r. W Arabii Saudyjskiej pojawiły się wszystkie możliwe rodzaje dziennikarzy zagranicznych. Wszyscy poprzebierani za żołnierzy. Jeden z nich, Amerykanin, nosił randżersy z roślinnym kamuflażem, choć na pustyni nie ma lasu. A na prawdziwej pustyni zauważyłem, że wielu żołnierzy, szczególnie z piechoty morskiej, proponowało publikacje w gazetach konkretnych historii. Dziennikarze próbowali bawić się w żołnierzy, a żołnierze w dziennikarzy.          

Ta dziwaczna symbioza stała się oczywista, kiedy reporterzy „wojenni” zaczęli mówić o swoim „doświadczeniu walki”. Kilka lat temu na jednym z amerykańskich uniwersytetów miałem przyjemność posłuchać jak trzech ranionych w Iraku kombatantów zamknęło dziób dziennikarzowi, który użył tego koszmarnego wyrażenia. „Proszę wybaczyć proszę pana – powiedział jeden z nich grzecznie – pan nie ma żadnego „doświadczenia walki”. Był pan narażony na skutki walki. To nie to samo.”  Były żołnierz był świadom siły swojej spokojnej pogardy. Stracił obie nogi.

Poddaliśmy się dziennikarstwu składającemu się z: „Z przerażeniem widziałem”; „Świst lecących rakiet”; „Leżałem na ziemi z powodu pocisków/kul/strzałów snajperów”. Obawiam się, że posługiwałem się czymś takim w Irlandii Północnej, w końcu lat siedemdziesiątych. Wstydzę się. O ile rzeczywiście jesteśmy „bezpośrednimi świadkami” wojen – a i to wyrażenie bardzo mnie razi – ten rodzaj trików jak z Tintina pozostaje znakiem narcyzmu.  

Świetnie to opisał James Cameron w czasie wojny w Korei. Zbliżało się lądowanie morskich sił amerykańskich pod Inczon. „Pośrodku armady, jeśli w ogóle można to sobie wyobrazić, kręcił się okręt z gigantycznym napisem na burcie „PRASA”, wypełniony podnieconymi korespondentami. Rozpychali się łokciami, by dać wrażenie, że chcą być w pierwszej fali, kombinując jednocześnie jak by tu z honorem znaleźć się w ostatniej.”

Myśl
 

I jak zapomnieć słowa izraelskiej dziennikarki Amiry Hass, reporterki Haaretz na terytoriach okupowanych. Kiedyś w Jerozolimie mówiła mi, że praca korespondenta zagranicznego nie polega na byciu „pierwszym świadkiem Historii” (to była moja żałosna definicja), ale na „obserwowaniu ośrodków władzy”, szczególnie kiedy każą iść na wojnę i przede wszystkim wtedy, gdy podpierają się przygotowanymi wcześniej kłamstwami.


Tak, wszyscy oddają hołd  dziennikarzom z Homs. Pozwólcie jednak, że podzielę się pewną myślą: kiedy Izraelczycy rozpoczęli swoje okrutne bombardowania Strefy Gazy w 2008 r. nie dopuścili do obecności reporterów na miejscu -  Syryjczycy próbowali zrobić to samo w Homs. Izraelczycy skutecznie przeszkodzili nam, ludziom Zachodu, w asystowaniu rzezi, która się tam rozegrała. Oddziały Hamasu i „Armii Wolnej Syrii” mają wiele wspólnego – obie te organizacje coraz bardziej popadają w islamizm, obie miały do czynienia z nieskończenie przeważającą siłą rażenia i obie przegrały bitwę. Palestyńscy dziennikarze sami opisywali cierpienia swego narodu. I zrobili to dobrze. Ciekawe jednak, że redakcje z Londynu i Waszyngtonu nie objawiały tego samego entuzjazmu w sprawie wysłania korespondentów do Gazy, co do Homs. To tylko taka myśl. Smutna myśl.


tłum. Jerzy Szygiel           
 

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale