33 obserwujących
553 notki
624k odsłony
  305   4

Pomroczność jasna części narodu

Czy polska opozycja wewnętrzna, taka jaką ona jest, to ewenement na skalę swiatową? Czy pragnienie znaczącej części narodu do upadlającej roli obywateli państwa niesamodzielnego, świadomie odcinającego się od własnej historii i kultury, to dziś akceptowalna polityczno społeczna norma? I czy wreszcie w imię spokoju, dobrobytu i hedonizmu, można się wyzbyć przyzwoitości, moralności i przede wszystkim wolności?

Historia kołem się toczy  

Powiedzenie to, wydaje się całkowicie uzasadnione, biorąc pod uwagę ciąg polskiej histori Ciągłe tracenie niepodległości, i jej odzyskiwanie, stało się naszym, niemalże obyczajem, jeśli nie przekleństwem, zaś czynniki, za ten stan odpowiedzialne zdają się powtarzać jak katar jesienną porą.

Za upadkiem zawsze stali ludzie, zaś przyczyny zawsze były podobne. Albo chodziło o  utrzymanie wpływów jednej klasy społecznej, albo wpływów naszych geograficznych sąsiadów. Albo, i to było najbardziej paskudne, utrzymanie wpływów jednej klasy społecznej w oparciu o wpływy geograficznych sąsiadów, co zawsze łączyło się z oddaniem tymże sąsiadom, części naszej suwerenności. 


Polskość to nienormalność 

Owo, znane już chyba wszystkim, stwierdzenie, użyte przez Tuska, w jednym ze swoich referatów, chyba najlepiej oddaje ową tendencję, reprezentowaną przez cześć narodu do tego aby, w imię własnych interesów i hedonistycznych ciągot, pogrążyć resztę tegoż narodu w nieszczęściu  i zniszczyć polskie państwo.

Ja wiem, obrońcy Tuska, owa grupa, wyznająca jego idee, odsyła do całego referatu i stara się wmówić, że Tusk miał co innego na myśli, niż to, co miał na myśli. Według nich, były prezydent Europy mając niemal genetycznie narzuconą polskość, mimo, że mu przeszkadza w normalnym życiu i utrudnia zostanie prawdziwym Europejczykiem, jest niejako do niego przypisana i nierozerwalna, wypełniająca go jako Polaka. Piękna idea determinacji! Tyle tylko, że w przypadku Tuska, całkowicie chybiona. Były przewodniczący Parlamentu Europejskiego porzucił ją w miejscach przyjmowania przez niego medali za zasługi dla Niemiec, opluł przed tronem Angeli Merkel i zamienił na apanaże w brukselskich apartamentach.  


Wzorce z Sevres. 

Radziwiłł, Radziejowski, Lubomirski, Branicki, Rzewuski, Szczęsny Potocki, Pomiński, Bierut, Gomułka,  Gierek, Jaruzelski, to ci z najwyższej półki, ośmiotysięczniki przeniewierstwa, gotowe na wszystko w obronie swoich przywilejów, nie patrzące na skutki jakie te ich starania przynosiły Polsce i Polakom. Jednak nie o nich chcę pisać, tylko o ich promieniowaniu na innych, tych, którzy w swojej obronie przywilejów, gotowi byli i są nadal, robić to, co owe ośmiotysięczniki, na mniejszą może skalę i anonimowo, ale równie bezwzględnie i zdecydowanie.

Nikt z tych, których tutaj wymieniłem nie poniósł odpowiedzialności za swoje czyny. Rzeczpospolita zawsze była łaskawa dla zdrajców i tych, którzy podnosili na nią rękę. Szło to także niżej. Zajazdy, burdy, bezeceństwa, zawsze miały dobrze w Rzeczpospolitej, jeśli dopuszczała się ich warstwa uprzywilejowana, właśnie ta, która w obronie własnych przywilejów, gotowa była na wszystko. Ową grupą uprzywilejowaną była najpierw szlachta - 10 procent polskiego społeczeństwa, gotowego w imię swojej wolności, już dawno przemienionej w swawolę, kraj cały roznieść na szablach. Później ci, którzy w imię utrzymania albo uzyskania przywilejów, wiązali się z państwami ościennymi, dla których silna Rzeczpospolita była solą w oku. 

Wszystko to ciągnęło się przez wieki. Ochrona przywilejów jednej grupy, najpierw poprzez własną siłę, a potem w oparciu  o siły obcych mocarstw. Ów ciąg zaprzaństwa dzieje się aż do dzisiaj. Od magnaterii i bogatej szlachty, poprzez komunistów, aż do współczesnych, lewackich liberałów, być może najgorszych w owym towarzystwie, bo najlepiej posługujących się sofistyką. 

Udało się tej lewackiej liberii, poprzez skłaniające się ku temu, co dziwaczne, a więc wzbudzające zainteresowanie ludzi media, rozpropagować ideę znanej także u nas,  tzw fajności, cechy bliżej nie zdefiniowanej, ale stającej  w wyraźnej opozycji do religijności,, państwowości, narodowości czy prawicowości. Fajność, jak się okazało, to stan ducha opierający się na dużej ilości hedonizmu połączonego z bezkrytycznym zaufaniem do lanserów współczesnej obyczajowości  oraz nadprogramową ilością politycznej poprawności. Wychodzi z tego nowy człowiek pozbawiony dalekiej perspektywy, bezobjawowy nacjonalistycznie i odsuwający od siebie za wszelką cenę problemy egzystencjalne i nie chodzi,  że chce je odsunąć ale, o to,że gotów jest to zrobić za wszelką cenę, czyli na przykład, za częściową lub całkowitą utratę suwerenności własnego państwa.  


Rozprzestrzenianie się zarazy 

Najdłuższy w historii okres spokoju w Europie, stał się doskonałym podglebiem dla fajnoczłowieka. Nawożony popkulturą, rozbuchaną seksualnoscią i lewacką ideologią oraz pławiący się się w promieniach bankowych słońc dobrobytu na kredyt, fajnoczłowiek rozplenił się jak Tryfidy z książki Johna Wyndhama. Zaś za to swoje istnienie w świecie dopasowanych do niego nowych idei, gotów był zapłacić najtwardszą monetą utraty wolności i przyzwoitości, czyli tego, czego wyzbył się jakiś czas temu i bez czego nauczył się całkowicie dobrze żyć. 

Ktoś, kiedyś powiedział, że gdyby orgazm nigdy się nie kończył, ludzie nie robili by nic innego tylko się onanizowali. Taki właśnie stan nieustannego, życiowego onanizmu, daje bycie fajnoczłowiekiem. Za ową możliwość nieustającego duchowego robienia sobie dobrze, pociągającą za sobą cała gamę liberalno lewackich odlotów, owo środowisko współczesnych Tryfidów, gotowe jest odgryźć głowy myślącym inaczej oraz połączyć się z najgorszym wrogiem aby nadal mogło się bez przeszkód masturbować hedonistyczną espółczesnością. 

Polskim fajnopolakom ów stan moralnej masturbacji przychodzi tym łatwiej, że polska historia zaprzaństwa, o którym pisałem w pierwszej części notki, to ciąg nie byle jakich fajnopolaków, gotowych w imię swoich własnych namiętności porąbać Polskę na sztuki. Mając takie przykłady oraz przykład współczesnego wielkiego fajnopolaka - speca od nienormalności, który swoją polskość nosi jako krzyż albo kulę u nogi, zwykli fajnopolacy czują się doskonale i najzwyczajniej robią swoje, czyli rozmnażają się jak Tryfidy...











Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale