W ostatnich dniach coraz częściej podnoszą się głosy o konieczności reformy sposobu finansowania partii politycznych. Przoduje w nich Platforma Obywatelska. Jej posłowie chcą wprowadzenia ustawy, zakazującej dotacji z budżetu na rzecz ugrupowań oraz dającej możliwość przeznaczania na ich działalność jednego procentu naszych dochodów.
Obecnie w Polsce obowiązują trzy główne zasady pozyskiwania środków na działalność polityczną: dochody uzyskiwane przez partię z wykorzystaniem własnego majątku, dochody od osób fizycznych w postaci składek członkowskich, darowizn, spadków i zapisów oraz finansowanie z budżetu państwa. To ostatnie najbardziej przybiera na sile tuż po wyborach. Partie, którym udało się pokonać tzw. "próg wyborczy" - 5 proc. (7 proc. dla koalicji), otrzymują refundację kosztów poniesionych na kampanię wyborczą. Oprócz tego co roku dostają subwencje na bieżącą pracę organizacyjną.
Pomysły odcięcia polityki od publicznych pieniędzy na pierwszy rzut oka wydaje się być strzałem w dziesiątkę. Większość Polaków wręcz oczekuje takiego ruchu, co niewątpliwie przysporzy partii, która ostatecznie się na niego zdecyduje, znaczący wzrost poparcia w sondażach. Wyobrazić sobie można już te nagłówki w tabloidach: "Tusk zabiera kasę z Wiejskiej!", czy "Wreszcie przegonili ich od koryta!"
Przyjrzyjmy się jednak bliżej pomysłowi. Według zasad logiki zakaz dotacji z budżetu i przekazywanie 1 proc. z naszych podatków, a więc tak na prawdę pozbawianie budżetu tego procentu i przekazywanie go na rzecz partii, wydają się być sprzeczne. Zostały jednak umieszczone obok siebie w proponowanym projekcie.
Obaw posłów nie budzi także możliwość tzw. "klientyzmu wyborczego" - ucieleśnienia zasad społecznych: "płacę na was - wymagam" oraz "chcemy, byś na nas płacił - damy ci co chcesz". Może być to groźne w skutkach i w sytuacjach kontaktu światów polityki i biznesu rodzić różnego rodzaju patologie.
Wiele organizacji pożytku publicznego, np domy dziecka, noclegownie dla bezdomnych czy schroniska dla zwierząt, na co dzień utrzymujących się głównie z naszych jednoprocentowych darowizn, mogłaby sporo stracić. Ludzie ogarnięci gorączką "wojny politycznej" za pewne w pierwszym odruchu woleliby wspomóc swoją ukochaną partię, niż np marznące pieski.
Kto by na wprowadzeniu nowego prawa najwięcej zyskał? PO i LiD. Platforma ze względu na, przynajmniej hasłowe, liberalniejsze od innych podejście do gospodarki, co wielu przedsiębiorcom (oni bowiem stali by się największymi "darczyńcami" i "mecenasami polityki") wydawać się może dla nich korzystne. Lewica zaś dla tego, iż nadal rodowodów wielu przedstawicieli polskiego biznesu należy szukać w PZPR i jej pochodnych.
PiS i PSL więc, chcąc zachować się racjonalnie, powinny nie dopuścić do uchwalenia ustawy. To jednak w oczach opinii publicznej zostałoby źle przyjęte. "Jak to? To oni nadal chcą zabierać nam nasze pieniądze?"
Mogłaby nastąpić pozytywna z punktu widzenia obywatela zmiana w sposobie "rozliczania" polityków z ich pracy. Dotąd raz na cztery lata oddawaliśmy głos w wyborach i koniec. Na całą swą kadencję poseł czy senator był "nie do ruszenia". Teraz musieliby się jednak pilnować i choć udawać porządną pracę, by przypodobać się elektoratowi i uzyskać od nich wpłaty.
Czy jednak gwarantowałoby to poprawę jakości polskiego prawa? Raczej wymusiłoby to jeszcze częstsze konferencje prasowe, podkręciłoby atmosferę sporów politycznych i ostatecznie zdestabilizowałoby państwo.
Biorąc jednak pod uwagę, że tylko kilka procent podatników decyduje się co roku skorzystać z możliwości przekazania części podatków na wybrany cel, a do tego znając nastawienie nas wszystkich do klasy rządzącej, politycy mogą się nieźle "przejechać" na nowej ustawie. Tylko co się stanie, gdy np w połowie kadencji jakiejś partii zabraknie środków i będzie zmuszona ogłosić upadłość? Czy komornicy zaczną pukać do drzwi Parlamentu?
Jakub K. Romanowski


Komentarze
Pokaż komentarze (21)