w sobotę znajomy zaprosił nas na wieczór z dziczyzną,
większość osób siedziała przy większym stole,
natomiast ja, dosiadłam się do 2 znajomych.
po paru godzinach, koleżanki poszły do domu
więc dołączyłam do pozostałych.
po pewnym czasie podeszła do mnie żona jednego z biesiadników
i naskoczyła, zadając ciągle to samo pytanie -
czy jej mąż zajeżdża do mnie na kawę.
zdębiałam i nie wiedziałam co powiedzieć,
po pierwsze sporo wypiłam, po drugie o jakiego męża chodzi
i kto tak mnie atakuje, wydukałam jedynie dosyć głupią odpowiedź,
że się cudzych mężów nie czepiam,
ale ta dalej swoje. w końcu domyśliłam się o kogo chodzi
i zapewniłam, że o żadnej kawie nie ma mowy
i że jestem w szoku. dopiero następnego dnia okazało się
iż przy stole żartowali na temat biednego 'męża'.
Wmówiono kobicie, że powód jego wycieczek jest nie tylko rekreacyjny.
No i do czego zmierzam - znowu obrywam za coś czego nie zrobiłam.
Zatem może jak się będę puszczała na lewo i prawo zyskam nieco szacunku.
Okazuje się, że ograniczenie kontaktu z ludźmi do minimum
nie minimalizuje problemów brudno-ludzkich.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)