Donoszą media, że warszawski Ratusz odebrał dzieci pozostające w rodzinnym domu dziecka ich opiekunom. Zostały przez urzędników po prostu odebrane ze szkoły, bez możliwości pożegnania z opiekunami. Piątka dzieciaków wylądowała w ośrodku, pod opieką nieznanego im psychologa. Nie chodzą do szkoły. Do mieszkania, w którym mieszkały, mają wrócić za miesiąc. Ale opiekować sie nimi będzie inna rodzina.
Wiceprezydent Włodzimierz Paszyński oświadczył, że decyzja była "dla dobra dzieci". Ale nawet pani psycholog, która towarzyszyła mu na konferencji prasowej, stwierdziła, że co prawda dzieci nie zna, ale krzywda dzieci będzie.
Co zarzuca Ratusz rodzinie Betów, która prowadziła rodzinny dom dziecka? Niegospodarność (fotelik za 600, zamiast za 200 złotych - skandal, nie mówiąc o najdroższym maśle - rzeczywiście obrzydliwe, po prostu kradzież z budżetu miasta!). Utrudnianie kontroli. No i pani Beta, która formalnie była dyrektorem domu dziecka, zatrudniła męża na umowę-zlecenie w charakterze kierowcy i jeszcze domaga się od miasta wypłaty za nadgodziny. Koszt utrzymania jednego dziecka miesięcznie to wg Ratusza 4,7 tys. zł (w tym czynsz za 270 m2 mieszkania, opłaty, zakupy, koszty rehabilitacji i leków, plus wynagrodzenie dyrektora - pani Bety i wychowawcy - pana Bety). Horrendum.
No więc Ratusz dzieci zabrał. Bo praca w rodzinnym domu dziecka powinna, żeby było zgodnie z przepisami, wynosić 40 godzin tygodniowo. Reszta (czyli wieczory i noce spędzone nad łóżkami dzieci moczących się w nocy) powinna wynikać wyłącznie z dobroci serca i filantropii wobec Ratusza. No i dzieci są winne, bo nie powinny sprawiać kłopotu poza tym 40-godzinnym tygodniem pracy wychowawców.
Zgadza się, pani prezydent?
UPDATE
Ratusz w Warszawie ostatnio specjalizuje się kuriozach. Wystarczy spojrzeć na TO :P


Komentarze
Pokaż komentarze (12)