Pewien sympatyczny starszy pan zaciągnął mnie niedawno na kawę i opowiadał o więzieniach w PRL. Opowiadał, jak jego ojciec wywieszał 1 maja biało-czerwoną flagę tylko po to, by powiewała też 3. Przez całe dzieciństwo słuchałam z otwartą buzią opowieści o tym, jak babcia powiewała kwiatem 1 maja (tudzież balonikiem), bo nie miała wyjścia. Musiała też powiewać 22 lipca (to już był absurd do sześcianu dla moich młodocianych uszu).
Stąd oczywiste, że za cholerę nie mogłam pojąć, jako nieletnie dziecię, jakim cudem naród tłumnie wylegał na ulice III RP z chorągwiami drąc pysk, że "lud robotniczy", "prawa", "równość" i tak dalej.
Zrozumiałam to dopiero, jak pojechałam na Białoruś. Tam do dziś w tv można obejrzeć takie cuda.
Ja nie mam nic naprzeciw 1 maja. A wędrujcie sobie ulicami.
Tylko prosze przyjąć dla wiadomości, kochana lewicowa braci, że dla mnie święci się jeno 3 maja.
PS. I na litość, nie "1 maj", jak uparcie w PRLu pisano na plakatach, tylko "1 maja". Po polsku, błagam!!


Komentarze
Pokaż komentarze (1)