
Od 24 godzin (z górką) media trzepią aferę podsłuchową. Na pierwszej stronie papierowego Dziennika wrzask. Na TVN24 lament. Ogólnie kaczyzm i krwiożerczość reżimu Kaczorów.
Tak sobie jednak myślę. Jakim cudem Dziennik, dysponujący przyzwoitą kadrą dziennikarską, dał się aż tak wkopać Kaziowi dobroduszniakowi?
Bo tak. Kazio powiada w Dzienniku, że Lech Kaczyński zlecił założenie mu podsłuchu w grudniu 2005 roku. Czyli kiedy? W Boże Narodzenie? Bo wcześniej był tylko elektem. I komu zlecił? Szefowi ABW. A kiedy pan Marczuk został szefem ABW? 30 listopada. Znaczy jak? Ledwo co został szefem, już ma zakładać podsłuch premierowi, któremu sam podlega?
Żeby było śmieszniej, Kazio się skarży, że Lech powiedział mu: "Kazimierzu, wiesz, że to Jarosław powinien stanąć na czele rządu, choćby na pół roku - byłoby dobrze, żeby miał tak prestiżową funkcję w życiorysie". Ja bardzo przepraszam, ale czy Kazio kiedykolwiek miał złudzenia, że pobędzie premierem dłużej niż rok? Zwłaszcza, że to Jarosław Kaczyński był szefem PiS, który tworzył rząd Marcinkiewicza.
Dalej. Kazio powołuje się na bliżej niezidentyfikowane źródła, od których wie, że zlecenie było. A dziennikarze (śledczy!!) Dziennika potulnie nie dogrzebali się, jakie to źródła...
Wreszcie najzabawniejsza część historyjki. Marczuk oświadczył, ze w ogóle nie było żadnego zlecenia. A Kazio? Kazio powiada, że... Marczuk mówi prawdę. I że nie ma sprawy.
Mgła Kaziowi zaszkodziła w tym Londynie czy co?! Tylko co zaszkodziło dziennikarzom Dziennika... majówka?
PS. Od słuchania wypocin biednego Kazia, który bardzo chciałby do rządu Donalda, wolę popisy złotego medalisty i mistrza świata Jewgienija Pluszczenki na Eurowizji. Na łyżwach.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)