
Doszły mnie słuchy, że w podwarszawskiej miejscowości Z. w szkole podstawowej obowiązkową pracą domową jest wyhodowanie i wydrążenie dyni na Halloween. Żeby było nowocześnie. Żeby upowszechniać tożsamość europejską czy czort wie co.
Niestety, o Dziadach cicho sza, za to w innej podwarszawskiej szkole jest zabawa halloweenowa, znaaczy się dzieci przebierają się za czarownice, duchy i inne licha. Całkiem po amerykańsku.
Już wielokrotnie stawiałam tezę, że Polacy wstydzą się swego pochodzenia. Polak w swojej głowie ma, że jest Polakiem, ewentualnie Europejczykiem, ale na pewno nie jest Słowianinem. Ileż razy słychać, że my Polacy jesteśmy z dziada pradziada ludźmi Zachodu! Że jesteśmy i byliśmy w Europie! Matka Boska to góralka! I tak dalej.
A tymczasem połowa z nas na Wigilię stawia na stole kutię. Czy szanowni Polacy wiedzą, co to takiego? Czy Polacy wiedzą, że we wschodniej słowiańszczyźnie kutia to określenie wieczerzy wigilijnej? I jako że mak poświęcony jest zmarłym, kutia jest potrawą obrzędową, właśnie przodkom poświęconą? I ża na Dziady też się wykłada kutię dla dusz?
Nie, Polak-Europejczyk-człowiek-Zachodu tego nie wie, za to wie, że jako Europejczyk powinien przynajmniej się cieszyć na widok dyni, bo to takie zachodnie, europejskie i światowe. Żeby być jeszcze bardziej swiatowym, Polak jest w stanie zakupić i zanieść na grób znicz w kształcie dyni, albo - jeszcze bardziej światowo - zakupić znicz wygrywający piosenkę Ich Troje "Wstań, powiedz nie jestem sam" (autentyk!!) lub położyć platikowe chryzantemy, bo to nie zwiędnie i będzie światowo i kolorowo.
No dobra, czepiam się. Polacy na szczęscie masowo jeżdżą na groby bliskich, zamyślają się nad nimi. Jeszcze nie ma ulicznych parad czarownic, duchów i potworów jak w USA. Co prawda w telewizorze można przez pomyłkę zobaczyć szoł, w którym gwiazdy bedą tańczyć do piosenek zmarłych artystów, ale tylko przez pomyłkę, bo i tak raczej Polacy wybiorą się na Powązki i wrzucą parę groszy do puszek, a może nawet kupią dzieciom pańską skórkę, jak sto i sto piędziesiąt lat temu bywało na polskich cmenatrzach.
Ale dynie są. Nic ich nie przegoni, ani siedzącego w dyniach ducha Jacka. O Dziadach mało kto pamięta. My Słowianie, my Polacy, mamy koszmarnego pecha. O ile mnisi iryjscy na dzień dobry spisali sagi i tradycje pogańskie, o tyle u nas ogniem wypalono pogańszczyznę (choć jeszcze w XVIII wieku na Litwie czczono święte dęby, ale daleko, w puszczsch, gdzie lud był tutejszy). Z mitologii nie zostało nic, poza szczątkami z Rusi Kijowskiej ("Stara Baśń" to czysta fantazja). I tu niestety trzeba się zgodzic z Marią Janion: to "bolesna trauma słowiańskia, poczucie przynależności do strony słabszych i pokrzywdzonych, zniewolonych i poniżonych, pozbawionych jakiegoś ukrytego dziedzictwa [...] i wręcz zmiażdżonych przez proces, który określono, jako "dziejowy postęp" (z "Niesamowitej Słowiańszczyzny"). Wreszcie jest w nas niechęć do tego, co przetrwało na Wschodzie, bo Wschód to okupant i kat, tak jakby na Wschodzie była wyłącznie Matuszka Rassija. Na fakt, że pierwszy polski hymn - Bogurodzica - jest po starobiałorusku, i że ten język był jednym z języków urzędowych w Rzeczpospolitej (nawet książę Karol Panie Kochanku Radziwiłł w tymże listy pisał!!), Polak zareaguje albo zdziwieniem, albo agresją, a Lwów, Kobryń, Grodno, Wilno i Gródek Jagielloński to Polska, a w ogóle "nie ma żadnych Białorusinów, tylko są nieświadomi Polacy" (tako rzacze paru moich wykształconych, światłych kolegów).
Żal mi tego, cośmy z sobą zrobili, i tego, co z sobą robimy.


Komentarze
Pokaż komentarze (63)