Prezydencka kampania wyborcza trwa w najlepsze. Kandydaci szukają coraz to nowej amunicji zdatnej do odstrzelenia przeciwnikowi głowy, a przede wszystkim do przykrycia odłamkami widocznych na własnym ciele ran wyborczych.
Poraniony SKOKami Andrzej Duda wiedząc, że lepiej nie iść w dyskusję o in vitro czy aborcji zaczął strzelać w Komorowskiego z Euro. Czy Euro dla Polski będzie dobre, czy złe? Czy naród powinien bać się Euro czy czekać na nie z ufnością?
Dyskusja o wprowadzeniu Euro do Polski powróciła.
Jednak w moim własnym mniemaniu cała kanonada jest nie na temat, ponieważ kandydat na Prezydenta Andrzej Duda jako główny problem (i główny straszak) wprowadzenia Euro wskazuje efekt inflacyjny. Co więcej, efekt ten miałby być spowodowany zaokrągleniami cen w górę. Na przykład: kawa w kawiarni kosztuje 3.99 PLN więc właściciel kawiarni zaokrągli cenę do 0.99 EUR - ‚urwie’ sobie kilka eurocentów górką, ponieważ kurs PLN do Euro to 4.20. Ciekawią mnie przypadki, gdy kawa w kawiarni obok kosztuje 4.30 PLN - czy wtedy właściciel też zaokrągli (tym razem w dół), czy policzy dokładną cenę?
Wiemy, że po doświadczeniach z wprowadzaniem Euro we Włoszech, gdy problem zaokrągleń rzeczywiście miał miejsce i był na tyle znaczący, że wpłynął na inflację, kolejne kraje wprowadzające europejską walutę ustrzegły się przed tym zjawiskiem wprowadzając odpowiednią legislację. Mówiąc prosto - zabroniły podnoszenia cen tylko z powodu przewalutowania (zaokrąglenia w górę), a potem bardzo skrupulatnie sprawdzały i karały wszystkich, którzy próbowali to robić.
Wydaje się więc, że główny argument przeciwko wprowadzeniu Euro wnoszony przez Andrzeja Dudę jest chybiony. Ale nie zmienia to faktu, że jest bardzo nośny. Naród nie lubi wielu rzeczy, ale najbardziej nie lubi podwyżek. Przypomnijmy sobie mroczne czasy powojennej komunistycznej Polski. Bunty społeczne nie zaczynały się dlatego, że rosyjskie wojsko stacjonowało w granicach naszego kraju, tylko dlatego że podrożały podstawowe produkty niezbędne do życia.
Innym argumentem przeciwko walucie europejskiej, wnoszonym przez wielu polityków i dziennikarzy jest zagrożenie dla lokalnego budżetu z powodu połączenia go z innymi lokalnymi budżetami krajowymi strefy Euro. I nic nie mielibyśmy do połączenia naszego budżetu z budżetem niemieckim, ale już z greckim czy hiszpańskim to bylibyśmy przeciwni.
Argument ten jest argumentem racjonalnym. Wszyscy bowiem wiedzą, że za wieloletnią niefrasobliwość rządzących w Grecji zapłacił głównie podatnik z nad Renu. Grecja prowadząc przez całe dekady rozdawnictwo pieniędzy budżetowych doprowadziła do tego, że zadłużenie tego kraju w stosunku do PKB to prawie 180%. Gdyby Grecy dalej mieli drachmę, to przy takich problemach nastąpiło by mocne zinflowanie się lokalnej waluty i sytuacja wróciła by do normy po roku.
Jak wiemy, inflacja to spadek wartości pieniądza. Grecy więc, którzy nie do końca uczciwie płacili przez lata podatki i brali z budżetu ile się da, stracili by większość swoich oszczędności, ale sytuacja stała by się jasna. Wszyscy znają słynne greckie wille z wystającymi na dachu drutami zbrojeniowymi przez całe pokolenia - w Grecji podatek od nieruchomości płacimy dopiero wtedy, gdy zakończymy budowę domu, a w budynku nie do końca zbudownym możemy mieszkać tak długo jak nam się to podoba. Wiemy też, że w całej Grecji jest tylko kilkaset zarejestrowanych przydomowych basenów (płaci się od nich specjalny podatek). Przykłady można mnożyć. Emerytura Greka to 90% jego wynagrodzenia, w Europie średnia to 40%.
Cała strefa Euro zrzuciła się na Greków i Grecję, ale w efekcie Grecy nie poczuli większego dyskomfortu związanego z inflacją, której nie miali, ale mieć powinni. Doszli więc do wniosku, że ich problemy to nie ich wina, a Europy i wybrali socjalistyczną Sirizę. Europa ma kolejny problem, a Grecy czekają na kolejne słoneczne lato.
Ciężko pracujący Polak nie chce, aby jego podatki szły na emerytury w Grecji, jeśli on sam w Polsce dostanie dwa, albo i trzy razy mniej. To jest argument bardzo mocny.
Każdy ekonomista mówi: wejdźmy do Strefy Euro, bo zarobimy na wejściu więcej niż stracimy. Taka konstatacja też ma swoje uzasadnienie. Przede wszystkim jest to proces konsolidowania się krajów strefy Euro i tworzenia głównego nurtu gospodarczego. Pozostawanie na boku z definicji nas osłabia ponieważ nie korzystamy z siły rozpędu innych krajów, tylko cierpimy z powodu tej siły. Argumenty bardziej przyziemne to niższe stopy procentowe (a więc niższe koszty kredytu, a co za tym idzie łatwiejszy i tańszy rozwój) oraz eliminacja problemu różnic kursowych. Prowadzący prywatne biznesy i handlujący z kontrahentami z zagranicy wiedzą czym są różnice kursowe i jakie one generują problemy. Zmienność kursu waluty także jest przeszkodą - choćby w długofalowym planowaniu.
Wielkim argumentem za wejściem do klubu Euro jest znalezienie się w gronie decydujących. Możemy wpływać na decyzję strefy Euro; aktywnie uczestniczyć w jej polityce. Zawsze musimy pamiętać, że Polska jest dużym krajem europejskim o dużym realnym PKB. Ten fakt stawia nas w całkiem innym miejscu szeregu, niż Litwinów czy Słowaków.
Artykuł ten opatrzyłem tytułem sugerującym, że jestem przeciwnikiem wejścia do Euro, a wszystko co dotychczas napisałem brzmi, jakbym był piewcą wejścia do tej strefy. Dzieje się tak ponieważ uważam, że wspólna waluta w Europie nie jest celem gospodarczym i politycznym jądra Unii Europejskiej, a jedynie kolejnym krokiem do osiągnięcia czegoś całkiem innego.
Opisany wyżej przykład Grecji pokazuje, że wspólna waluta w grupie całkowicie suwerennych politycznie i gospodarczo państw to eksperyment dość karkołomny. Kryzys grecki już się wydarzył i jego koszty już zostały (choć jeszcze nie do końca) poniesione. Jądro Unii Europejskiej naciska cały czas na Grecję, żeby wykonywała cały katalog czynności niezbędnych do finansowania greckiej tragedii przez strefę Euro. Następuje klasyczna ingerencja w niezawisłość innego państwa. Grecja przez swoje własne błędy opiera się plecami o ścianę i musi tańczyć tak, jak grają ci, którzy dają jej pieniądze. Co więcej, Grecja nie ma żadnej innej możliwości odwrotu - nie może się zinflować i zmusić własnych obywateli do pokrycia kosztów wieloletniej zabawy w socjalizm ponieważ nie ma czego inflować - waluta jest obca. Nikt w Grecji nie ma na nią większego wpływu. Nie da się włączyć drukarni i drukować, drukować drukować.
Nikt nie wie co może zdarzyć się w przyszłości. Globalizacja świata i tempo generowania i przepływu informacji powodują, że sami nie wiemy dokąd ten wiatr nas zaniesie. Ekonomiści wciąż powtarzają, że to co zaczęło się w 2006 roku to jedynie przedśpiew do tego, co wydarzy się w najbliższych latach.
Nauka z greckiego kryzysu wcale nie musi być więc nauką skuteczną w sytuacjach, jakie nas dopiero czekają. Uważam, że świat nie zdaje sobie sprawy z zagrożeń, jakie nas czekają w najbliższych latach.
Projekt wspólnej waluty w grupie suwerennych krajów siłą definicji samego pieniądza zakłada, że kraje te prędzej czy później staną się jednym organizmem politycznym. Staną się federacją. Projekt Unii Europejskiej oraz idący za nim projekt wspólnej waluty to wielki plan stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. Fajnie brzmi. Tylko gdzie te Stany Zjednoczone Europy miały by mieć swoje centrum decyzyjne?
Widzimy jak na dłoni, że dzisiejsza działalność Niemiec predestynuje ten kraj do takiej właśnie roli. Niemcy zawsze dusili się w swoich ziemiach. Zawsze parli zarówno na zachód jak i na wschód. Historia Europy najeżona jest wydarzeniami, gdzie niemiecka ekspansja powodowała problemy dla bliższych i dalszych sąsiadów. Ekspansja polega na tym, że jedno ciało polityczne zaczyna dominować nad innym. Można realizować ekspansję w stylu Fryderyka Barbarossy czy Bismarcka, ale można też próbować drogi ekonomicznej. Pozwolić danemu krajowi aby rozwijał się ekonomicznie jeszcze szybciej, niż by to robił mając tylko własne środki i żeby sam chciał połączyć się z silniejszym organizmem - w zamian za dobrobyt. Można podbijać karabinem, ale można też podbijać dobrobytem.
Teza moja jest następująca: projekt Unii Europejskiej oraz będący jej następstwem projekt strefy Euro to kolejny krok do stworzenia wielkiej federacji ojczyzn europejskich zarządzanych i dowodzonych z Niemiec i prowadzonych przez meandry polityki międzynarodowej także przez Niemców. Już dziś widzimy, że Niemcy nie mają większych oporów w przejmowaniu polityki zagranicznej należnej całej Unii Europejskiej w stosunku do Wschodu. Niemcy sami próbują rozmawiać z Putinem o wojnie w Donbasie (rola w tych rozmowach prezydenta Francji jest podobna do roli żyrandola w Pałacu Prezydenckim); co więcej, Niemcy utożsamiają swoją własną, wewnętrzną politykę relacji z Rosją z polityką całej Unii Europejskiej. Niemiecka sympatia do Rosji ma swoje uzasadnienie, ale głównie w kontekście polityki stricte niemieckiej, a nie polityki całej Unii Europejskiej. Polska racja stanu i polskie nastawienie do imperialnych zapędów Rosji jest całkiem inne niż niemieckie. A zdecydowanie bardziej inne niż portugalskie czy irlandzkie. Jednakże to wewnętrzna polityka niemiecka (stosunek rządu niemieckiego do Rosji wynika z zapisów umowy koalicyjnej bieżącego układu rządzącego w Niemczech) kreuje całą politykę europejską.
Kolejnym przykładem jest niemiecka polityka energetyczna. Niemcy bardzo mocno wystraszyli się po katastrofie elektrowni atomowej w Fukushimie i stwierdzili, że na terenie ich kraju nigdy już nie powstanie nowa elektrownia atomowa. Koszty tej decyzji są dla budżetu Niemiec bardzo wysokie. Poczynając od odszkodowań dla firm energetycznych (sam Vattenfall dostanie 3.5 miliarda Euro za zatrzymanie projektów jądrowych) a kończąc na potrzebie zastąpienia dziury energetycznej, jaka niedługo pojawi się po zastopowaniu budowy kolejnych elektrowni atomowych. Miks energetyczny został w Niemczech zmieniony a dziurę wypełniono ‚zieloną energią’. Zielona energia z założenia ma same plusy (nie truje, jest odnawialna) ale jeden wielki, główny minus tej energii to koszty jej wytworzenia. Koszty ponoszone przez Niemców spowodowane rozwojem wytwarzania energii z odnawialnych źródeł są horrendalne.
Z punktu widzenia Polaka, Greka czy Portugalczyka koszty, jakie ponoszą Niemcy we wdrażaniu zielonej energii są mało istotne. Jednak z drugiej strony Unia Europejska (czy na pewno Unia, a nie konkretni jej członkowie?) zmusza takie kraje jak Polska do podążania za Niemcami i zmieniania swojego własnego miksu energetycznego na inny. Mamy zrezygnować z węgla (bo truje) i zacząć wytwarzać energię z fotowoltaiki (bo nie truje). Tylko czy Niemcy będą w stanie wytrzymać aż tak potężne obciążenia budżetowe? O budżecie Polski nie wspomnę. Wiemy ile to kosztuje.
Patrzymy na Stany Zjednoczone, które do dziś nie podpisały protokołu z Kioto. I trują swoją atmosferę w najlepsze. Czy aby na pewno trują? Naukowcy do dziś są podzieleni w stosunku do przyczyn powstawania dziur ozonowych i innych zjawisk, których przyczynowość przypisujemy sobie samym. Lód w Arktyce się topi, ale czy topi się bo większość prądu i ciepła wytwarzamy z węgla i gazu? A może topi się bo w każdym kolejnym cyklu klimatycznym ziemi zawsze się topił. Potem powstawał na nowo.
Widzimy więc, że polityka niemiecka w historii Europy po raz kolejny próbuje robić to samo co zawsze. Zmieniły się tylko metody i zamiast zmuszać innych do postępowania tak, jak chcą Niemcy przystawiając im lufę do głowy zmuszają ich wsadzając im w kieszenie grube pliki banknotów Euro. Dobrobyt tak samo dobrze nadaje się na środek do prowadzenia ekspansji i podboju jak okute żołnierskie buty.
Rozmawiajmy o Euro - pamiętajmy jednak, że każdy kij ma dwa końce. Wspólna waluta suwerennych, niepodległych politycznie państw to pomysł z definicji niemożliwy do realizacji. Ale wspólna waluta sfederowanych krajów to pomysł realny. Chcemy tej federacji?
Czy nie jest tak, że pomysł ten jest po prostu dobry? Traktatowo rzecz biorąc, nie dyskutujemy o tym, CZY WEJŚĆ do strefy Euro (bo na to już się zgodziliśmy wstępując do UE), tylko KIEDY wejść do tej strefy. Pamiętajmy o tym.



Komentarze
Pokaż komentarze (157)