Gdybym chciał metodą badawczą znaleźć dowody na to, że prof.@M_Sroda nie znalazła swojej profesury w chipsach, to miałbym problem. Już pomijam, że to persona pełna skrajności. Bo jak wytłumaczyć, że taka feministka, taka twarda, nieprzejednana chłopożerczyni, przyjęła jakby nigdy nic nazwisko męża, zamiast zostać przy swoim "Ciupak"?
W swoim życiu miałem zaszczyt rozmawiać wiele razy choćby z prof. Kieżunem. I przepaść, jaka rysuje się między elitą II RP, a III RP jest nie do zasypania. Profesor miał tyle klasy, że nigdy, przenigdy nie dałby rozmówcy nawet wrażenia lekceważenia, choćby wzrokiem. Niezwykle otwarty umysł, gotów na dyskusję z każdym, bo zwyczajnie to lubił. Lubił rozmawiać na każdy temat, spotykać ludzi, poznawać. Nawet blisko końca, gdy siedział już tylko w fotelu. Wspomnijcie go westchnieniem ku górze! Nawet nie wyobrażam sobie tego, żeby mógł walnąć taką tyradę jak Środa.
A co napisała Środa? "Jak czytam, że Karol Nawrocki cieszy się zaufaniem ponad połowy społeczeństwa, to myślę sobie: a niech na to społeczeństwo spadną wszystkie zarazy, i autorytaryzm i faszyzm i ludzka głupota, bo jesteśmy warci chyba właśnie takich beznadziejnych, despotycznych "polityków" jak Trump, Duda, Orban i Nawrocki... Jak w miarę rozsądny, troszkę chociaż myślący i umiejący czytać człowiek może widzieć w Nawrockim kogoś więcej niż przypadkowego, dętego narcyza, który dzięki pijarowym technikom dostał schedę po Dudzie?".
Otóż pani Magdaleno! Jak ja czytam, że niektórzy biorą poważnie to, co pisze Magdalena Środa to nawet nie życzę im, żeby na nich spadły wszystkie zarazy, autorytaryzm i faszyzm, bo wiem że i tak spadnie. Bo są skończonymi, niezdolnymi do własnego myślenia pacjentami, którzy z racji ograniczeń naszej służby zdrowia, zmuszeni są chodzić po wolności.
Pani Profesor! Wytłumaczę krótko, kogo Polacy w@NawrockiKn nie zobaczyli. Tak będzie prościej. Na tyle prosto, że ma pani szansę zrozumieć.
Polacy nie zobaczyli w nim pracownika Zakładu Etyki Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, który wyrzygał się na ludzi o odmiennych poglądach. Nie zobaczyli w nim nadętego buca wypełnionego pogardą, brzydzącego się ludzi. Nie zobaczyli w nim kontynuacji Waszej III RP, bijącej pokłony czerwonym, przywiezionym na tankach armistom zza wschodniej granicy, wynoszącym takich Czarzastych na najwyższe urzędy w państwie. Nie zobaczyli w nim człowieka, który potrzebuje wsparcia psychologa, żeby wyjść na debatę we własnej telewizji. Nie zobaczyli w nim utrwalacza magdalenkowego (o ironio!) układu, którego mają po prostu dość i który niszczy ich Ojczyznę. Takiego człowieka zobaczyli w Nawrockim Polacy. I to wystarczyło, żeby wygrać. Aż i tylko tyle!
A wie pani, pani profesor, co w tym wszystkim jest najbardziej paradoksalne? Że to właśnie ludzie, których pani tak chętnie ustawia w ławce "nie dość myślących", okazują się często bardziej gotowi do rozmowy niż ci, którzy całe życie zawodowe poświęcili analizowaniu etyki i pluralizmu. Bo pluralizm - wbrew temu, co się czasem wydaje w akademickich bańkach - nie polega na tolerowaniu tylko tych, którzy myślą tak jak my, tylko na uznaniu, że wspólnota polityczna składa się również z tych, których poglądy budzą w nas sprzeciw.
Może więc prawdziwym testem intelektualnej klasy nie jest to, jak celnie potrafimy nazwać przeciwnika "narcyzem", "faszystą" czy "ciemnotą", ale czy potrafimy spojrzeć na miliony współobywateli bez odruchu pogardy. Bo proszę zauważyć - wyborcy nie są abstrakcją, nie są tabelką w Excelu ani memem na Facebooku. To ludzie z własnym doświadczeniem, lękami, aspiracjami i poczuciem godności. I kiedy słyszą, że "należą im się zarazy", nie czują się pouczeni przez moralny autorytet - czują się po prostu obrażeni przez kogoś, kto najwyraźniej dawno przestał chcieć ich zrozumieć.
A przecież intelektualista - jeśli już używać tego wielkiego słowa - powinien być mostem, nie barykadą. Powinien obniżać temperaturę sporu, a nie dolewać benzyny do ognia tylko dlatego, że aplauz własnego środowiska brzmi głośniej niż cisza refleksji. Bo łatwo jest gardzić "tym społeczeństwem". Trudniej jest przyjąć do wiadomości, że to społeczeństwo może mieć rację w czymś, czego my nie widzimy.
Może więc zamiast życzyć Polakom zaraz, warto spróbować czegoś radykalnie innego - potraktować ich jak równych sobie partnerów w rozmowie. Nie jak uczniów wymagających reprymendy, ale jak obywateli współtworzących państwo, które należy do wszystkich, nie tylko do tych z właściwymi dyplomami i właściwymi poglądami.
Bo demokracja, pani profesor, zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się pogarda. I jeśli naprawdę zależy nam na jej jakości, to największą odwagą nie jest napisanie kolejnej tyrady - tylko uznanie, że nawet ktoś, kto głosuje "nie tak jak trzeba", zasługuje na szacunek. A to, paradoksalnie, jest lekcja etyki trudniejsza niż wszystkie seminaria razem wzięte.
Jest mi wstyd za tych ludzi i za nas.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)